Dzieli ich wszystko, łączy dzielnica. Odwiedziliśmy Bałuty

Opublikowano Wrzesień 14, 2015 | przez Gofrey

Ulica Żytnia. Kilkadziesiąt metrów, kocie łby, po obu stronach kamienice. Na jednej z nich napis „twoja stara mówi uwaga tramwaj”, na drugiej „ŁKS wita”. Na jednym końcu gołębniki, na drugim kilka garaży. Ciemne podwórka. Hydrant. Jedna z typowych ulic… Na Bałutach? Chyba nie tylko. Jedna z typowych ulic, w których wciąż żyje „dawna Polska”, gdzie ludzie się nie spieszą, co może oznaczać zarówno niespieszną pogawędkę dwóch sympatycznych sąsiadek, jak i niespieszny cios w zęby wymierzony przez pijanego moczymordę.

Na tej właśnie Żytniej zorganizowano wczoraj „bigiel”. Bigiel, czyli po prostu impreza. W ramach świętowania setnej rocznicy przyłączenia Bałut do Łodzi postanowiono ożywić kocie łby i zarośnięte podwórka. Tuż obok garaży stanęła scena. Gołębniki zasłonięte zostały przez namioty z przedstawicielami lokalnych knajp, którzy przygotowali poczęstunek. Festiwal jak wiele innych w Polsce, ot, kilku miejscowych aktywistów skrzyknęło grupę muzyków i różnej maści animatorów. Jedynym czynnikiem wyróżniającym wczorajszy „bigiel na Żytniej” od całej masy podobnych imprez było właśnie miejsce. I nie mam wątpliwości, że to nie „tylko miejsce”, ale „aż miejsce”.

https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/hphotos-xta1/v/t1.0-9/12006132_1220295817996107_710551737556365104_n.jpg?oh=44b82aa0a193650e18bfe1be3a2ea37a&oe=569BC7E7

Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Byłem na paru podobnych imprezach i festiwalach, byłem na różnych koncertach i… to naprawdę był unikat. Na wejściu namiot organizatorów z Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Dialogu! Mamy więc urzędników rozdających naklejki „#JestemzBałut”. Tuż obok ich namiotu, dokładnie w tym samym miejscu, co tydzień i dwa tygodnie temu: miejscowy „establishment”. Mijam ich na tym murku codziennie, siedzą i dziś. Jedynie uśmiechy jakieś mniej przepite, bardziej szczerze. Kilkanaście metrów dalej… skini. Normalnie skini, tacy prawdziwi, żywcem wyjęci z lat dziewięćdziesiątych, z szelkami, bojówkami, glanami i polówkami Freda Perry’ego. Przypominam – przed momentem minąłem namiot Centrum Dialogu im. Marka Edelmana. Po drugiej stronie ulicy dzieciaki grają w jakąś grę planszową. Trąca mnie jeden z nich, który ciągnie babcię do stoiska z kiełbasami.

https://fbcdn-photos-h-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xaf1/v/t1.0-0/p180x540/12009609_1220295894662766_7816938382502062681_n.jpg?oh=34564fbffbcf0e2784e0634f9946250b&oe=56A9BAA8&__gda__=1453394340_48502d55819cf3501fbfb29cd5fcd1fb

Po lewej wystawa fotografii. Starsza babinka na tle napisu „ŁKS połyka Cholinex” i tym podobne „artystyczne” zdjęcia z bram i podwórek. Widziałem takich setki, więc nie robią już na mnie wrażenia, w przeciwieństwie do starszych mieszkańców Żytniej, dla których właśnie te fotki były bodaj największą atrakcją. Przy nich siedzi para – gość w dredach, panna obcięta na żołnierza. Na wojskowym plecaku tego w dredach – pacyfka i litera A w kółeczku. Dwadzieścia metrów od skinów.

Po prawej kapela bałucka w kaszkietach i z harmonią śpiewa o mojej dzielnicy, podobnie jak dwie starsze kobitki przed kamerą kilkanaście metrów dalej. „Piosenki o Warszawie czy o Krakowie… A my o Łodzi…” – dochodzą strzępki tekstu. Pod sceną kręci się dwóch młodzieńców w dresach. Muszą mieć potężny ból głowy – bo na ulicy nikt nie zamalowywał przed festiwalem ełkaesiackich napisów, a jednocześnie na fotkach, które rozwieszono na murach i płotach widnieją głównie widzewskie graffiti. Dzisiaj jednak widziałem już tyle, że nawet wspólne śpiewy kibiców z obu stron Bałut (tej z Teofilowem i Limanką wraz z tą od Radogoszcza i Starego Miasta) by mnie nie zdziwiły.

https://fbcdn-photos-g-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xlf1/v/t1.0-0/p180x540/11990530_1220295921329430_3574979361120249782_n.jpg?oh=ac03152661c3f52e3440177d37863c17&oe=566F5845&__gda__=1453258889_265608a192474ff0225aafae135b522f

https://scontent-waw1-1.xx.fbcdn.net/hphotos-xfa1/v/t1.0-0/p180x540/11822845_1220295941329428_2388710658629345125_n.jpg?oh=708e5c0f3b6a259c561089508d137d71&oe=5671C37E

To właśnie jest sedno. O 19.00 na główną scenę wszedł Zeus, raper z Teofilowa, który kawałek życia spędził również na Starym Mieście. Swoją drogą, nawet on był tutaj symboliczny. Ma w swoim repertuarze zarówno mocno antyklerykalne kawałki, jak i kolaborację z Tau, najbardziej religijnym raperem w tej części świata. Stanąłem pod sceną z innymi bałuciorzami. Dziewczyna w bluzie „good night left side” stała obok starszego małżeństwa tulącego się przez cały rapowy koncert. Po drugiej stronie dresy mieszały się z arafatkami. Feministki z lokalnych organizacji tymczasowo zawiesiły broń i nie strzelały do patriarchatu reprezentowanego przez faceta z koszulką „Żołnierzy Wyklętych”. Rodzice z wózkami. Wymalowane landryny i ich wyglancowani mężczyźni. Goście w klapkach, którzy wyszli pod blok zerknąć, co to za hałasy i ci, którzy przyjechali tu specjalnie z każdej strony dzielnicy. Sporo osób w bluzach, koszulkach i smyczkach podkreślających – jestem stąd. Jestem z Bałut. Tymczasowo to właśnie te gadżety wychodziły na pierwszy plan, spychając w tło krzyże celtyckie i symbole anarchistów.

Staliśmy pod sceną i dzieliło nas naprawdę wszystko, od klubu, przez wyznanie, poglądy, kolor włosów, skóry, pochodzenie, spojrzenie na kwestię imigrantów po gust muzyczny i wiek. A jednak, staliśmy pod tą sceną razem i jestem pewny, że czuliśmy to samo. Dumę z tej dzielnicy. Miłość do niej. Przywiązanie. Ciarki, gdy ze sceny Zeus krzyczał o Bałutach. Na pytanie „kim jesteś”, nikt nie odpowiedziałby wówczas: „skinem”, „feministką”, „kibolem”, „bankierem”. Wszyscy zdefiniowaliby się jako bałuciorze. Różni, ale pod tym względem identyczni.

Może potrzebujemy – my wszyscy, w całej Polsce – więcej takich „Bałut”? Wartości, które połączą skrajne grupy, które sprawią, że będziemy współpracować i wpieprzać festynowe dania niezależnie od hasła na naszywce wojskowej kurtki?

W końcu wszyscy jesteśmy z jednej dzielnicy. Z Bałut, z Pragi, z Wilanowa, z Poznania, z Małopolski. Z Polski. Stąd.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑