„Dzień kobiet” – recenzja

Opublikowano Marzec 11, 2013 | przez Redakcja

polska_erin_brockovich2

Ten film jest jak randka z poznaną na Sympatii dziewczyną, która w polu: „zainteresowania” wpisała sobie literaturę i teatr, a na pierwsze spotkanie przychodzi z Proustem w ręku i mówi, że interesują ją tylko poważne związki oparte na wzajemnym szacunku.

Następnie w restauracji po 30 minutach wstępnej rozmowy przyznaje, że z książek w ostatnim roku czytała „50 Twarzy Greya”, w teatrze bywa, ale z młodszym braciszkiem (jak grają Muminki), po chwili wydłubuje z zębów kawałek mięsa, bełkocze do kelnera francuską nazwę wina tak, że ten trzykrotnie pyta ją, o które chodzi, a przed wyjściem do kibla („Idę do kibla”) pyta, czy zdążycie jeszcze wpaść do Zary, żebyś kupił jej jakieś nowe ciuchy.

Patrzysz wtedy na nią i wiesz, że choć zapowiadała się nieźle, to za każdym razem, kiedy otwiera dziób, modlisz się, żeby przestała – do tego stopnia, że po godzinie myślisz tylko o tym, żeby zapłacić rachunek i wrócić do domu. Samemu. Nie przelecisz jej choćby tylko z szacunku do samego siebie.

I dokładnie tak samo jest w filmie „Dzień Kobiet”. Początek ciekawi, historia pracownicy prowincjonalnego sklepu, która zostaje awansowana na kierowniczkę i zaczyna brać udział w systemowym, nieludzkim wykorzystywaniu swoich byłych koleżanek od razu zapala lampkę: Biedronka kilka lat temu. Byłem przekonany, że ten film będzie jednym z wielu bardzo dobrych, klasycznie polskich obrazów o upodleniu, mrocznej, złej naturze człowieka. Wiecie, historia pracownic koncernu Geronimo Martins opowiedziana w stylu „Długu”.

Duża w tym rola Eryka Lubosa (tu: szef regionu wzorowanej-na-wiadomo-kim sieci sklepów „Motylek”) i aktorek drugoplanowych, grających kasjerko-magazynierko-sprzątaczki. Lubos to klasyczny nadzorca handlowych niewolników. Sra w gacie przed szefem, pieprzy jakieś korporacyjne formułki, byle nakłonić swoją podwładną do fałszowania świadectw pracy i raportów, podrywa główną bohaterkę, bo wie, że dzięki temu będzie wykorzystywać swoje pracownice jeszcze mocniej i, generalnie, jest złym typem zainteresowanym jedynie utrzymaniem się w wyścigu szczurów. W zasadzie nie ma słabych momentów, może oprócz jednego, w którym dziewczyna w markecie robi mu loda, a on wygląda, jakby akurat dostawał ataku padaczki.

Pracownice wypadły świetnie: Polska B w pigułce, proste, szczere dziewczyny. Wiesz, że takie kobiety istnieją, choć możesz nie widywać ich obok siebie. Zrobią wszystko, by utrzymać pracę: tu oznacza to głównie harowanie po godzinach za darmo i rozładowywanie zbyt ciężkich dostaw.

Główna bohaterka, Halina, grana przez Katarzynę Kwiatkowską, też na początku jest niezła. Jej relacje z koleżankami po awansie wyglądają prawdziwie, widać, dlaczego nie radzi sobie z zarządzaniem grupą kobiet i nie pomagają jej nawet komiczne, ale realistycznie pokazane szkolenia firmowe z teambuildingu. Kiedy wpada między nogi Lubosa, to też wiadomo, dlaczego i jej motywacje oraz działania da się wytłumaczyć: takie jest życie. Kolejne etapy wykorzystywania pracownic Halina pokonuje tak, że aż robi się żal na myśl, że gdzieś jeszcze może się tak dziać.

Te sceny są dobre, przykre. Człowiek ma nadzieję na mocny film. I w tym momencie, niestety, reżyseria i scenariusz wylewają na tę nadzieję wywrotkę gówna. Główna bohaterka zaczyna się zachowywać nielogicznie, pisanie dialogów przejmuje dwunastolatek, wprowadzane są postaci tak durne – choćby szef sieci handlowej, żywcem wyjęty z niemieckiego pornosa – jakby ktoś chciał celowo zabić ten film, a na domiar złego, kiedy wszystko sypie się i reżysersko, i scenariuszowo, Maria Sadowska (odpowiada za te dwie rzeczy) zaczyna też z trzeciego etatu puszczać bojowniczy, instrumentalny hip-hop, który bardziej pasowałby do 8 Mili z Eminemem, niż do historii mogącej dziać się gdzieś pod Radomiem. Efekt: śmiech na sali.

Jak na tej randce, nagle masz ochotę zakryć twarz rękoma, wyjść i zapomnieć, że w ogóle tam byłeś. Pojawia się kretyński, kompletnie niewiarygodny wątek uzależnienia córki głównej bohaterki od gry komputerowej (z tak durnym zakończeniem, że patrzyliśmy po sobie ze znajomymi, nie mogąc w to uwierzyć), fabuła z dramatu przekształca się w heroiczny film propagandowy, nawet sceny z narkotykami śmieszą, zamiast straszyć. Całość od połowy sypie się, jak Samoobrona bez Leppera, dostajesz kilka takich strzałów, jeden po drugim, że nie wiesz, czy naprawdę to oglądasz. Stężenie głupoty od pewnego momentu przekracza „Bejbi Blues”, a to już dużo. Temat poważnego problemu społecznego, który dotyka do teraz ludzi w tym kraju, został zmarnowany i nikt go już pewnie nie poruszy. Truchło tego filmu leży przed każdym kinem w Polsce i mam nadzieję, że będzie przestrogą przed kolejnymi zleceniami dla jego twórców.

„Dniu Kobiet” pomogłoby tylko jedno: gdyby go napisał i nakręcił kto inny. Na Filmwebie ten film ma średnią ocenę 6,3. Po wyjściu z seansu miałem wrażenie, że to w dwudziestopunktowej skali.

Komentarze

"Dzień Kobiet" - recenzja

Przedstawienie poważnego problemu
Spójność historii
Równość opowieści
Dopasowanie muzyki

Podsumowanie: Historia, choć z potencjałem, sypie się od połowy filmu tak dramatycznie, że w pewnych momentach wymyślasz debilne sytuacje, które, masz nadzieję, nie zdarzą się, a one mają miejsce. Dramat.

1.8

To się nie dzieje naprawdę



Tagi:



Back to Top ↑