Dziś kończę 30 lat. W tekście tym chwalę się swoimi wspaniałymi dokonaniami i wielkimi planami

Opublikowano Grudzień 12, 2013 | przez Dżordż

30

Właśnie naszedł TEN dzień. Bałem się go bardziej niż ślubu, którego jeszcze nie miałem. I ewentualnej wizyty komornika (na razie mi nie grozi). Dziś kończę 30 lat. Sporo. Żegnajcie Piękni dwudziestoletni, pozdrawiam Cię Marku Hłasko. Coś się zmienia, ponieważ młodzieńczą dwójkę z przodu zastępuje dojrzała trójka. Jajks, a przecież jeszcze nie tak dawno temu liderem była sympatyczna, licealna jedynka…


Szybko to zleciało. Jako dzieciak byłem przekonany, że w tym wieku będę strzelał gole dla ukochanego Realu Madryt. Gdy oglądałem bramkę Predraga Mijatovicia w finale Ligi Mistrzów pomiędzy Królewskimi a Juventusem Turyn, nie marzyłem o niczym innym prócz tego, by pójść w jego ślady. Niestety, los nie dał mi talentu Roberta Lewandowskiego, „kariera” skończyła się więc na grze w juniorach Petrochemii Płock i, jednorazowo, reprezentacji województwa mazowieckiego. No szału to nie ma.

Jako dwudziestolatek liczyłem, że koło 2013 będę komentował liczne zwycięstwa piłkarskiej reprezentacji Polski. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że Dariusz Szpakowski to nasz Christopher Lambert – nieśmiertelny, którego nie powali nic i nikt. Zobaczycie, jeszcze przeżyje Mateusza Borka! A właśnie – Borek. Że też cholera musiał zostać gwiazdą Polsatu! Przecież to mogłem być ja, gdybym miał tylko o kilka lat więcej wysiodłałbym sympatycznego, nażelowanego Matiego z tej ciepłej posadki. Albo inaczej – nie dałbym mu do niej dojść powalając Mariana Kmitę (szef sportu tej stacji) swoją elokwencją, urodą i, oczywiście, skromnością.

Nie jest jednak tak, że nic mi w życiu nie wyszło. Zanotowałem kilka drobnych sukcesów, którymi chce się tutaj pochwalić:

– przespałem się z dziewczyną, która została miss Polski nastolatek. Teraz jeszcze tylko pacnąć Anetę Kręglicką zanim stanie się starą raszplą i będę spełniony na odcinku seksu!

– skomentowałem w tv kilkaset meczów piłki ręcznej. Najlepiej wspominam te robione z Mariuszem Jurasikiem, naprawdę równym chłopem. Siedzimy kiedyś w studiu, nagle „Józek” wybucha gromkim śmiechem. Ja przerażony nie wiem o co kaman, a ten drań pokazuje mi SMS-a od Grześka Tkaczyka i Karola Bieleckiego: „co za chujowy ekspert, telewizja powinna go wywalić!”.

Innym razem komentuję mecz i naglę słyszę w słuchawkach… mariuszowy bełkot. Za grosz nie można zrozumieć co mówi. Powód? Zamyślił się, zapomniał, że jest w tv i… podparł brodę pięścią, w efekcie czego gadał niczym najebany.

Cyrk.

Numerem życia Jurasika był jednak występ do którego… nie doszło. W sobotę Vive zdobyło mistrzostwo Polski, a w środę MJ miał ze mną komentować spotkanie o mistrzostwo Bundesligi. Dzwonię w niedzielę z gratulacjami – cisza. W poniedziałek komórka wyłączona. We wtorek – również. Zaniepokojony znalazłem sobie zastępstwo za Mariusza, który odezwał się w… czwartek. Mówił głosem Leonarda Cohena: – Halo? Stary, ja Cię bardzo przepraszam, poniósł mnie melanż. Zaczęliśmy świętować mistrzostwo w Kielcach, a teraz obudziłem się gdzieś koło Szczecina, zupełnie nie wiem jak to się stało.

I jak tu go nie uwielbiać?

– przeczytałem „Nad Niemnem”. Żaden wielki wyczyn – powiecie. Błąd. To najnudniejsza książka w historii polskiej literatury, wolałbym przez trzy godziny skrobać pięty, i to cudze, niż podejść do niej drugi raz.

–  udało mi się poderwać w klubie dziewczynę na to, że jestem… synem króla kosiarek spalinowych. „Laska” z „Chłopaki nie płaczą” miał ojca-króla sedesów, to i ja zapragnąłem swojej niebanalnej historii. Wymyśliliśmy z kumplami największą głupotę jaka przyszła nam do głowy koło północy po kilku drinkach i proszę, udało się.

– wystraszyłem przed klubem trzech ochroniarzy-osiłków, każdy był dwa razy większy ode mnie. Sytuacja wyglądała tak: siedziałem w barze ze znajomym, gdy zadzwoniły koleżanki i powiedziały, że idą do warszawskiego „The Eve”. Postanowiłem dołączyć. Niestety, byłem ubrany raczej domowo niż lansersko, więc szanowni panowie, o aparycji pruszkowskich gangsterów, postanowili, że mnie nie wpuszczą. Uczynili to w sposób daleki od ogólnie przyjętego za elegancki:

– Wypierdalaj pedale! – usłyszałem z ust największego z nich, który za samą mordę powinien dostać dożywocie, a kto wie, może i krzesło.

Jego niedyplomatyczna postawa uraziła mnie dogłębnie. Jednocześnie kompletnie mi odbiło:

– Słuchaj no, chuju. Taki jesteś kozak? To dawaj, umówmy się w klubie, w którym trenujesz sztuki walki. Wpadnę i rozjebię Ci ryj przy kolegach, za miesiąc mam mistrzostwa świata w tajskim boksie, to będzie dla mnie dobry trening.

Karki zdębiały. Niby nie jestem za duży, ale wiadomo – Bruce Lee też nie należał do grona koszykarzy NBA.

– Czemu PAN się tak złości? – usłyszałem.

– Teraz to pan, co? Dawaj wizytówkę, ustawimy się za kilka dni.

– Nie.

– OK, jutro wpadnę z kolegami pod to śmieszne miejsce, spuścimy wam konkretny wpierdol.

Trzeba było widzieć ich miny… Szok, skandal, niedowierzanie w to, co się stało. Dobrze, że żaden z nich nie wpadł na pomysł bitki ze mną przed „The Eve”. Gdyby któryś z tych skretyniałych osiłków zechciał takiego sparingu, pewnie dziś nie pisałbym tego tekstu.

Więcej grzechów… pamiętam, ale wybaczcie, nie wszystkimi swoimi „wyczynami” chcę się chwalić na forum publicznym. Nie jest też tak, że nie zamierzam już niczego odwalić. Do czasu kiedy skończę czterdziestkę i w związku z kryzysem wieku średniego kupię sobie nowe Porsche, a także zafunduję zajebisty lifting twarzy, zamierzam jeszcze co nieco poszaleć. Na czołówce listy moich spektakularnych wyczynów do zrealizowania znajdują się:

– Napisanie książki przy której „Walenie i pieprzenie” Hanka Moody’ego oraz pozycje Charlesa Bukowskiego to bajeczki dla grzecznych dzieci.

– wyzwanie na bieg na 10 km czołówki polskich ligowców, a następnie zostawienie ich wszystkich za sobą z wywalonymi ze zmęczenia i podziwu językami.

– Gang-bang z jakąś demoniczną ślicznotką w roli głównej, a jeśli nie to ostatecznie orgia w „Usta Club”.

– poderwanie atrakcyjnej laski w klubie przy użyciu samych… samogłosek.

Jeśli to ostatnie mi się uda, mógłbym w sumie spokojnie zejść z tego padołu, niczego bardziej spektakularnego nie dokonam. No, chyba, że Szpakowski w końcu zaniemówi, wtedy kto wie, kto wie…

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑