Dzisiejsze horrory są do bani. Kiedyś to robili naprawdę straszne filmy…

Opublikowano Wrzesień 15, 2013 | przez Limonow

 

nicholson2

Rozmawiałem ostatnio ze znajomymi. – Chodzę do kina tylko na horrory – powiedziała dziewczyna kolegi o IQ równym długości jej błyszczyka do ust. Rozgorzała dyskusja o hitach gatunku ostatnich lat, jakieś „Naznaczone”, „Odznaczone 2” i inne amerykańskie gówna produkowane na potęgę.

Nie chciałem się odzywać, bo wiem, że nie znała tytułów, które zamierzałem wymienić. Dzisiejsze horrory? Czy to w ogóle można nazwać horrorami? Filmy, w których straszne sceny opierają się na zbliżeniu strasznych twarzy. Brak logiki, brak scenariusza. Brak emocji. Brak strachu. Żenada, nie horror.

Kiedyś to robili straszne filmy, które naprawdę powodowały pełne pory, konwulsje, mary nocne i bojaźń podczas wychodzenia z łazienki, kiedy było już ciemno.

Pamiętacie „Omen”? Co tu dużo mówić. Część dzieciństwa zjeżdżałem – nie na ręcznym, a na nocniku i to pod łóżko rodziców, bo szczerze mówiąc… bałem się każdego detalu. Nie fabuły, nie postaci, nie szatana. Po prostu całej otoczki. Muzyki. Każdy detal wprawiał mnie w otępienie, drętwiały kończyny, po ciele chodziły dreszcze.

Zwyrolstwo dla nastolatka, ciężka artyleria dla dorosłego, ekskrementy dla juniora. Czułem się jak po nokaucie w pierwszej rundzie, nie wstawałem z desek albo podłogi. A jak obejrzałem to w pełni świadomy, okazało się, że nie chodzi o przejścia, migawki, a o treść. A ta była ciężka jak Rudi Szubert („Śpiewające fortepiany”).

 

„Lśnienie”? Za młodu zwiałem do łóżka staruszków (tak, znowu), jeszcze wtedy pustego, bo sami dalej śledzili mimikę Jacka. Jego nie trzeba przedstawiać, pozostawię go bez nazwiska. Gimbusy, jak to mawiają, stwierdziliby – KMWTW. Jedna z najlepszych ról, jakie widziałem w życiu. Zobaczyłem to wreszcie w całości przed miesiącem. Na Sennheizerach na cały regulator, na jakości HD. Nie polecam ludziom o słabej psychice. Pozostaje tylko wiadro na rozweselenie lub biały nosek. Czyli bez substancji psychotropowych się nie obeszło. Zwłaszcza, że na banie wjeżdżały same fragmenty z powieści Stephena Kinga. „Oj dana, dana” – powtarzałem przystępując z nogi na nogę, żeby się podnieść na duchu.

 

I nagle to wszystko konfrontuję w bani z jakimiś horrem o Czarnobylu. Uparłem się – tytułu nie sprawdzę, nie wejdę na Filmweb, spróbuję odtworzyć samemu.

Nie umiem.

Tak jak nie umiem pływać, prasować czy jeździć samochodem – ciągle stoję bezradny. Bez żadnej idei w bani, co obejrzałem. Wiecie, makiety rzeki Prypeci i okolicy. Niby fajne zdjęcia, bo fajne, ale sama fabuła… Coś tam gryzie, coś wyskakuje…

Podskakujesz w fotelu, bo kino, bo telewizor i słuchawki na uszach. Ale obejrzeć to w świetle dziennym i dopada cię kacyk. Moralny, że mogłeś się skusić na coś tak dennego, miękkiego i daremnego.

Gratuluję wydawcom, że wpadli na pomysł otagowany słowami „Czarnobyl”, „elektrownia”, „wybuch”. Działa na wyobraźnie, szczególnie w Europie wschodniej, gdzie na drugie śniadanie zamiast mięska wsuwano jod, zamiast Nesquika… znów jod. Dobra – to kuszące dla starej daty, ale gówniarze też się nabrali. Ja na emisję ściągnąłem własnego staruszka… Razem wychodziliśmy jednak trzymając się pod pachę jak po najcięższym melanżu. Niestety, wyłącznie z żenady.

Mam dla was radę – jak już macie pieniądze, odłóżcie faktycznie na coś pożytecznego. Cebulę, seler, marchewkę – na trzeźwo przynajmniej coś wyciągniecie z lodówki. Zamiast wygniecionego biletu z Cinema City. Wymagam więcej. Oczekiwania podniesione do poziomu „Ptaków” Hitchcocka. A na dzisiejsze horrory to nawet ptak nie chciałby się zesrać.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑