Dziwaczne postaci z wyjątkowego liceum

Opublikowano Październik 24, 2013 | przez Dżordż

szkola

Chodziłem do naprawdę specyficznego liceum. Jednego z najstarszych w Polsce, w którym… straszy. A właściwie straszą – poza duchami robili to też nauczyciele. Dziś kilka zdań wspomnień z młodzieńczych lat . Kto lubi śmieszno-przerażające historie z czasów młodości, zapraszam. Kto nie trawi takich klimatów, niech odpuści sobie ten tekst.

Z całego pedagogicznego grona najzabawniejsza była pani od matematyki. Ślązaczka, która wywoływała uczniów do odpowiedzi w nietypowy sposób:

– Poproszę do tablicy hm…czydzieści czy mniej czy równa się czydzieści! – krzyczała, zupełnie nie przejmując się tym, że mówi nie po polsku. W końcu nie była nauczycielką języka.

Babka miała jakieś czterdzieści kilo nadwagi, strasznie się pociła. Ciężko było z nią wytrzymać, szczególnie gdy nieszczęsny uczeń, tak jak ja, siedział w pierwszej ławce.

Od smrodu, który wydzielała, gorsze było dziwaczne zachowanie. Miała taki zwyczaj, że wyjmowała dezodorant, którym psiukała do buzi,a następnie używała go… pod pachami. Człowiek musiał użyć naprawdę całej siły woli, żeby nie popłakać się ze śmiechu.

Zresztą nawet gdybym to zrobił, mogłaby akurat nie zauważyć, ponieważ miewała czasem tzw. stopklatki. Polegało to na tym, że dyktowała jakieś zadanie i nagle cisza, koniec. Zapatrzyła się w jakiś punkt i rozpłynęła w marzeniach. Mogłeś krzyczeć, rzucić w nią zmiętą kartką papieru i wykonywać inne dziwne czynności, ale zapewniam, że nie zwróciłaby na to uwagi.

Pani S. miała niezwykle interesującą pamięć – wybiórczą. Potrafiliśmy wkręcić ją tak, że trzy dni z rzędu robiła jeden temat, ponieważ nie kojarzyła poprzedniej lekcji, ale jednocześnie pamiętała w listopadzie, że koleżanka X rok wcześniej przyniosła na klasową wigilię zajebisty barszcz z uszkami!

Co ciekawe, była powodem zamknięcia szkolnego radiowęzła. Zakazano nam puszczania muzyki po tym jak DJ zadedykował otyłej matematyczce piosenkę pt. „Zostawcie Titanica” Lady Pank.

Jeszcze lepszą aparatką była kobiecina od historii sztuki i filozofii (tak, miałem takie dziwaczne przedmioty w LO). Starsza, przygarbiona, kompletnie wysuszona, wyglądała jakby zaraz miała rozpaść się na tysiąc kawałeczków. Lubiła opowiadać o duchach, które nocami krążą po szkolnej bibliotece, ale tak po prawdzie to sam nie wiem, czy nie była jednym z nich.

No więc pani profesor wchodzi na jedną z lekcji i beczy. Ale tak konkretnie, jakby dowiedziała się właśnie o śmierci męża. Kompletnie zszokowani nieśmiało pytamy co się stało.

– Ukradli go, Jezu jedyny, ukradli! – odpowiedź nie do końca rozjaśniła nam sytuację.

Zwinęli jej psa? Samochód? Rower? Nie, raczej na rowerze to by nie pojechała, zbyt wiekowa.

Chodziło o co innego – jakiś Thomas Crown zawinął z jednego z wielkich światowych muzeów drogi obraz. Babka przeżywała to tak mocno, jakby to dzieło sztuki zniknęło z jej prywatnych zbiorów.

Kiedy pierwszy raz wszedłem na lekcję przysposobienia obronnego, byłem przekonany, że dyrektor szkoły robi sobie z nas, pierwszoroczniaków, jaja i dlatego wynajął aktora-komika. Oto bowiem naprzeciwko mnie stał gościu wyglądający jak ojciec Jasia Fasoli. Ten sam fatalnie dobrany garnitur, identyczne gesty, tylko twarz nieco starsza, a włos na głowie dużo bardziej siwy.

– Musicie pamiętać, że to najważniejszy przedmiot, który… aaaaaauuuu – krzyknął z bólu, ponieważ w trakcie płomiennej przemowy uderzył palcem o biurko tak niefortunnie, że… wbiła mu się drzazga. Cały autorytet eks-pułkownika rozpadł się w tej jednej sekundzie. Mimo to ciągle próbował go odzyskać:

– Maski włóż, maski zdejm! – krzyczał głośno musztrując uczniów.

W tych dziwacznych czasach miałem długie włosy, niemalże do pasa, stwierdziłem więc, że nie będę się wygłupiał.

– Nie zakładam. Mam duży łeb, sporo włosów, to wszystko nie wejdzie do tej pana maski – odpowiedziałem rezolutnie.

– No ale jak to? A co jak będzie kiedyś zagrożenie?

– Wtedy zetnę się na łyso i nie będzie problemów.

Kiedyś stwierdziliśmy z Pawłem, że zwolnimy się z jego lekcji „uśmiercając” nauczycielką kumpla z podstawówki.

– Pani Kowalska z mojej szkoły nie żyje, dziś jest pogrzeb, możemy pójść?

– Zaraz, zaraz, Kowalska?

– Tak.

– Z jakiej podstawówki?

– Numer dwa.

– O matko, to przyjaciółka mojej żony! Muszę do niej zadzwonić.

Jak pech, to pech. Nie muszę chyba dodawać, że po takim numerze mieliśmy u kolesia przegwizdane. Dzięki Bogu to nie były czasy armii. Nienawidził nas tak mocno, że w woju u niego mielibyśmy bardziej przejebane niż dziwka w koszarach.

Angielski, WF, historia. Krótko wspomnę jeszcze o każdym z tych przedmiotów, bo – uwierzcie – jest o czym pisać.

Nasza miss English była absolutnie najatrakcyjniejszą nauczycielką w szkole. Długowłosa, szczupła, drobna brunetka, zawsze na szpilkach, zawsze w idealnie dopasowanym kostiumie. Sto procent, że każdy z licealistów choć raz w życiu zwalił konia pod wyobrażenie o niej. Albo sto razy.

Niestety, laska miała jeden feler: CIĄGLE chodziła w tym samym stroju. Niebieska spódnica, niebieska marynarka. Piątek, śmątek, always. Mimo że w tych czasach nie byliśmy specjalnie lotni intelektualnie, w końcu zadaliśmy sobie pytanie:  dlaczego ona nie zmienia ubrania? Nie stać jej? Ma jakiś fetysz? Odpowiedzi nigdy nie uzyskaliśmy, ale babka chyba załapała w końcu, że z niej kpimy, ponieważ kiedy mknęła holem co odważniejsi uczniowie nucili pod nosem hit lat 90., piosenkę „Blue” zespołu Eiffel 65.

Tak jak ona wymiatała pośród chłopców, tak pośród dziewcząt rządził wuefista. Prawie dwa metry wzrostu, brunet, ex-model i były kickboxer. Nie wiem, czy dmuchnął jakąkolwiek z gorących nastolatek, a nie brakowało wtedy w szkole dobrych towarów, jestem za to pewien, że 99% dziewczyn marzyło, żeby poćwiczyć z nim na materacu. Inaczej niż z panem od WF-u numer 2 – typowym, wąsatym, rubasznym Januszem, który miał oryginalny zwyczaj: podczas robienia fikołków „pomagał” najzgrabniejszej uczennicy wykonać przewrót w przód trzymając ją za okolice tyłka. Czasem, gdy miał wyjątkowo dobry humor, obdzielał pannę… klapsem krzycząc przy tym zalotnie: „gramy w dupniaka?!”

Babka od historii nie była wcale ładna, ale za to miała luz. Dlatego robiliśmy jej sporo żartów, czasem nawet na sprawdzianach.

Klasa maturalna, klasówka z II wojny światowej. Siedzę, a jakże by inaczej, w pierwszej ławce, podnoszę na wysokość oczu lewą dłoń i coś z niej spisuje, na kompletnego bezczela. Uczniowie wytrzymują napięcie, wszyscy są poważni. Kobieta w szoku, nie spodziewała się, że ktoś może tak otwarcie zżynać. Waha się, ale w końcu wstaje, obchodzi mnie, patrzy na ściągę po czym wybucha śmiechem. Wraz z nią chichoczą wszyscy, test zostaje przerwany.

Co takiego miałem napisane? Dwa słowa, naprawdę dużymi literami: Grunwald 1410.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑