Jestem hetero, ale obecnie na kolację wolałbym wyskoczyć z LeBronem niż z supermodelką

Opublikowano Lipiec 5, 2013 | przez Limonow

lebron-glowne-fot(1)

Swój pseudonim na Wyszło zawdzięczam inspiracji rosyjskim politykiem, który był kiedyś… rypany za hajs przez Murzyna. Nigdy w życiu nie dałbym się wziąć w podobny sposób, ale jednego jestem pewien – w ostatnich tygodniach wolałbym pójść na kolację z LeBronem Jamesem niż z supermodelką. Mimo tego, że jestem stuprocentowym hetero.

Sprawa wygląda prosto – facetów jarają liczby. Matematycznego nerda cyferki w kalkulatorze, stereotypowego macho proporcje modelek – „90-60-90”, a mnie z kolei 12 zbiórek, 4 asysty i 37 punktów. Czyli dorobek LJ z Game 7 ostatnich finałów najlepszych rozgrywek sportowych na świecie. Uprzedzając wasze wyzwiska – nie jestem kompletnym retardem. Mam świetną dziewczynę, przygód nie szukam. I jakby stanęły przede mną Gisele Bundchen, Naomi Campbell i Claudia Schiffer, a z nimi LeBron, minąłbym je wszystkie i ruszył na miasto z ostatnim.

Aż sam nie sądziłem, że goście z pętami między nogami mogą jeszcze wzbudzać mój podziw. Za czasów przedszkola – i owszem – karteczka w segregatorze z Marcinem Mięcielem. Gimbaza? Ryan Giggs z Paulem Scholesem na ścianie, a z biegiem czasu przestawka na magnetowid i stare taśmy z popisami Ayrtona Senny w F1.

Spotykałem dwóch laureatów Złotej Piłki, gadałem parę razy z obecnym prezesem PZPN-u. Wszystko spoko, sympatycznie, ale bez gigantycznej podjarki. Dystansik. Wystarczy jednak, że w nocy złapię za pilot, myślami jestem za oceanem i po latach zyskuję nowego idola. Czy jestem odosobniony? Nie sądzę. Wystarczy rzucić okiem na coś takiego:

 

Można o mnie pomyśleć – chuj, sezonowiec, szmaciarz. Czyli jak gimbus za Barceloną – na meczu nie był, ale zachwytów sprzed kompa nie widać końca. Owszem – na meczu nie byłem, bo jedyną wizytę w Stanach zaliczyłem na etapie jarania Buzzem Astralem z Toy Story. Kosmiczny mecz i Michael Jordan dostali wtedy trochę po nosie – postać z bajki leciała z USA na moich kolanach, a figurka MJ w walizie. Wraz z kurtką Lakersów od wujka, który wcześniej tłumaczył:

– Zakładaj. To jest zespół, który tu teraz rządzi. Robert Horry, Shaq, Rick Fox, Glen Rice i Kobe.

Wszyscy wybitni, wszyscy zapisani w historii złotymi zgłoskami. Ale gość, którego oglądam od dłuższego czasu z otwartą japą, na pewno nakryje ich czapką (wszystkich oprócz Shaqa i Kobe’ego już nakrył, ale przyjdzie pora i na nich). Mimo że jego niekwestionowaną magię kwestionowałem do niedawna jak laik. Bo robił szopkę z odejścia z Cleveland, bo nie budował zespołu i nie czekał na kolejne drafty jak Jordan w Chicago. Bo wybrał Heat, gdzie miał od razu gotowca w walce o tytuł, Wade’a i Bosha. Tyle, że już teraz wiem – może i sobie znacznie ułatwił, ale do wszystkich indywidualnych rekordów doszedł już sam. Nie podałby mu Wade, to po powrocie do Cleveland byłby to Irving. Hejterzy pewnie by chcieli, żeby dobrał wokół siebie czterech przebierańców i wygrał 82 mecze w sezonie regularnym. Ale tak się po prostu nie da, o czym dobrze wie Jordan, którego uzupełniali Pippen i Rodman…

Ścieżka kariery LeBrona jest jak najbardziej filmowa, osobliwa. Lansowany na półboga jeszcze w szkole średniej i wybrany w drafcie z jedynką faktycznie rósł ponad wszystkimi. Stopniowo. Drewniaków z Cavaliers dociągnął na własnym garbie aż do finałów w 2007 roku, ale tam dostał lekcję. 0:4 w meczach i poniewierka przez Spurs. Parę dni temu sam ich pokroił, przełknął i wyrzygał w najmniej spodziewanym momencie szóstego starcia. Choć sam w to wątpiłem. A on w odpowiedzi miał jeszcze flow na Game 7.

Może i ma wokół siebie gigantów ligi, ale ci na tle dziadków z San Antonio Spurs dłuższymi chwilami nie mogli skumać, gdzie są i w co grają. Więc nic dziwnego, że widziałem w wyobraźni końcówkę Game 6 i Duncana z kolejnym pierścieniem. Tim nie zdążył go nawet przymierzyć, bo nagle LeBron stole the show, jakby powiedzieli w ESPN. Rozpoczął końcowy marsz po mistrzostwo, a ja zbaraniałem. Oglądałem i od razu myślałem – nie, nie tędy droga. Nie wystarczy bookowanie taniego WizzAira pod Barcelonę, żeby zobaczyć największego wirtuoza sportu naszych czasów (albo wszech czasów?). Trzeba ponownie zbierać na wyprawę do Stanów. I niestety na VISĘ, bo już wygasła…

Komentarze




Back to Top ↑