FABRYKA LITER: Księga magnetofonów

Opublikowano Styczeń 11, 2013 | przez Fox

W Sylwestra zastanawiałem się, dlaczego nasz gust muzyczny jest taki, a nie inny. Z czego się bierze? Ktoś puścił kawałek „Ona tańczy dla mnie” i powiedział, że do rana będzie miał 40 milionów odsłon w youtube. Najnowsza Rihanna ma 11. Cieszę się, że dorastałem w czasach bez odsłon w youtube.

Nie będę oszukiwał – jako kilkulatkowi dwie szpule, na które nawinięta była taśma służyły mi do… katapultowania plastikowych żołnierzyków. Po prostu podkręcało się obroty na przewijanie, a wtedy komandos w zielonym moro nie wytrzymywał szaleńczej karuzeli. Dopóki brat tego nie widział, nic mi nie groziło, ale na szczęście jego często nie było w domu. Z magnetofonu Uwertura, przedmiotu, który jasno wyznaczał granicę pomiędzy tym, kto jest dzieckiem, a kto dorosłym, puściłem sobie OMD, a potem Alphaville. A potem Depeche Mode. Żołnierzyk leżał na ziemi.

Jacyś naukowcy (pewnie amerykańscy) przekonywali kiedyś, że puszczanie dziecku, takiemu malutkiemu, muzyki klasycznej, sprawia, że jest ono bardziej wrażliwe i inteligentne w dorosłym życiu. Nie wiem, ile jest w tym prawdy i na czym polegało badanie, natomiast bez wątpienia nikt nie kształtuje gustów muzycznych tak jak starszy brat. Słuchałem więc wszystkiego tego co on, a niebiesko-biała kaseta AGFA, przywieziona mu później przez kolegę, który pływał na Darze Pomorza, z napisem BROKEN FRAME do dziś z łatwością staje mi przed oczami. Tak, pierwsze utwory, jakie zapamiętałem w życiu to były „Master and Servant” Depechów, „Big in Japan” Alphaville, czy „The Reflex” Duran Duran. Potem, niestety, zacząłem słuchać Sandry i Modern Talking, co rodziło komiczne sytuacje – mama robiła mi śniadanie do szkoły i szła do łazienki szykować się do pracy, a ja biegłem po swojego Grundiga, by z audycji porannej bodaj radiowej Trójki nagrać „In the Army Now” Status Quo albo „Marię Magdalenę” Sandry. Chodziło o to, żeby mieć czego posłuchać po powrocie ze szkoły. Nie, nie mieliśmy odtwarzaczy MP3 (brzmię jak kombatant wojenny).

Eduard Limonow napisał książkę zatytułowaną „Księga Wód”, gdzie zawarł wszystkie wspomnienia związane z akwenami, które jakkolwiek wiązały się w ważny sposób z jego życiem – rzekami, basenami, stawami, jeziorami, morzami i oceanami. Pomyślałem, że taka „Księga Magnetofonów” otwiera w głowie niejedno wspomnienie. Grundig służył więc do porannych nagrań – robiło się to tak: przystawiało się mikrofon do głośnika i jazda! Pamiętam też komiczną sytuację: jakieś zbiegowisko rodzinne u Babci, a ja proszę wszystkich, żeby było cicho (bo mikrofon ściągał, jak to mikrofon, głosy i byłoby po nagraniu). W telewizji leci „Final Countdown” grupy Europe. Lekko ucięli końcówkę, ale okazała sztuka wpadła na taśmę.

Muzyka jest niesamowita. Kiedyś, mając lat bodaj 20, byłem na jakiejś imprezie i didżej puścił kawałek Barbry Streisand „Woman In Love” i przeszły mnie ciarki. Stało się tak dlatego, że ten kawałek był często puszczany, gdy jako przedszkolak pomieszkiwałem u Babci i Dziadka, i płynął sobie z ich radia Jubilat (czy tak jakoś). I nagle po latach piętnastu wrócił do mnie, a ja wróciłem tam. Muzyka przenosi nas do różnych chwil – tych przykrych: ballad Roxette, przy których dziewczyny odmawiały tańczenia wolnych na szkolnej dyskotece w podstawówce, czy tych pięknych: „We Are The Champions” Queen, kiedy reprezentacja ograła Norwegię 3:0 na Stadionie Narodowym.

Niewiele rzeczy zmienia się w życiu tak często jak gust muzyczny. Słuchałem niemieckiego popu, wiejskiego rocka, Gunsów, Metalliki, potem muzyki techno i house, hip hopu, ambientu, właściwie dotknąłem każdego obszaru dźwięków. Grundig, o którym wspomniałem nie służył tylko do nagrywania muzyki, ale też do nagrań bajek, jakie pisaliśmy z kolegami z klatki schodowej (tak, tak) oraz komentowania ich meczów w piłkarzyki na sprężynkach (tak, tak). Moja „Księga Magnetofonów” wiodła przez pragnienie posiadania japońskiego Sankeia, którego brat dostał na osiemnastkę i to marzenie się spełniło, bo jak go wezwała Armia, to ja się wprowadziłem do jego pokoju i mogłem słuchać do woli Listy Przebojów Trójki i głosu Niedźwiedzkiego. Wiodła przez „wieżę” Panasonix z tekturowym tyłem, która wciągała kasety i nie miała nawet odtwarzacza płyt, czego się wstydziłem. Przez „wieżę” Sony – taki duży magnetofon po prostu, ale z całkiem dobrym dźwiękiem. Przez Technicsa, którego uwielbiałem i do dziś stoi u rodziców, aż po bardzo fajnego Denona, którego mam teraz w domu, ale częściej słucham muzyki w samochodzie, bo mam tam lepszy sprzęt niż w mieszkaniu. System Rockford Fosgate to coś, co w tym aucie lubię najbardziej – dźwięk jest mocny, czysty i pozwala mi się wyłączyć zupełnie od tego, co dzieje się w warszawskich korkach.

O gustach muzycznych się nie rozmawia – to tak w nawiązaniu do początku tekstu. Jeden lubi „Majteczki w kropeczki”, drugi Schillera. Bardzo spodobało mi się to, co powiedział na temat „Ona tańczy” Krzesimir Dębski. Człowiek, który mógłby wyśmiać disco polo w materiale dla TVP stwierdził, że ważne jest, aby muzyka płynęła prosto z serca. Nawet jeśli coś możesz zagrać na czterech klawiszach. Życie każdego z nas ma odrębną ścieżkę dźwiękową i to jest kapitalne. Kiedy miałem kilka lat mój starszy sąsiad, kumpel z osiedla, zapytał mnie, jakiej słucham muzyki i powiedziałem mu, że żadnej, bo to była prawda. – Nie wiesz, co tracisz – odparł, a ja nic z tego nie rozumiałem. Miał rację, potrzebowałem trochę czasu.

Nie jest ważne, jaka uwertura brzmi nam w uszach przez całe życie. Lepiej słuchać „Ona tańczy dla mnie”, nawet 40 milionów razy, niż nie słuchać niczego.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑