Fargo. Tak powinno się kręcić seriale oparte na filmach kinowych

Opublikowano Wrzesień 18, 2014 | przez lucky bastard

10696184_10152701161729231_5993990738875432193_n

Osiemnaście nominacji do Nagrody Emmy, trzy zdobyte statuetki, do tego silne nawiązanie do oscarowej produkcji o tym samym tytule i liczne komentarze ekspertów wieszczących „najciekawszy serial tego roku”. Czy trzeba czegoś więcej, by sięgnąć po Fargo i nie czekać do października, kiedy historia w reżyserii Noaha Hawleya ma się pojawić na polskich ekranach?

Miałem silne obawy, bo na papierze wyglądało to na porywanie się z motyką na słońce. Odgrzebywanie czegoś, co już raz zebrało uznanie. Film Fargo zrealizowany w 1996 roku przez braci Coen to już dziś, z perspektywy czasu, klasyka. Czy można to jeszcze ulepszyć, czy już tylko pozostaje zrobienie wielkiego skoku na kasę, nawiązując do tego, co wymyślił ktoś inny? Obejrzałem, „przetrawiłem” i… nie mam wrażenia, że obejrzałem jedną z najlepszych produkcji w historii, jakiś pomnik serialowej dziedziny, ale na pewno nie straciłem 10 godzin na zaliczenie wszystkich odcinków pierwszego sezonu. Po przetrawieniu jednego chciało się sięgnąć po drugi, a to – jako „pochłaniaczowi” seriali – już mi w zupełności wystarczy. W sumie jestem nawet w stanie się zgodzić z krytykiem amerykańskiego Washington Post, który napisał:

– Właśnie tak powinno się kręcić seriale oparte na filmach kinowych. Dzięki niemu przypominasz sobie, czemu tak uwielbiałeś oryginał, ale dostajesz zupełnie nową historię.

Tak, bo historia zdecydowanie jest inna, za to z zachowaniem tego samego klimatu. I przy błogosławieństwie braci Coen, którzy ponoć współpracowali z reżyserem serialu. Wyszedł z tego wciągający kryminał z elementami całkiem dobrego humoru. Po pierwszych odcinkach, kiedy mniej więcej wiadomo w którym kierunku idzie fabuła, miałem wrażenie, że oglądam drugie Breaking Bad. A przynajmniej coś z bardzo podobnym motywem. Nasz bohater, oczywiście trochę ciapa, gość, któremu niewiele w życiu wychodzi, nie dogaduje się z żoną, nie umie naprawić pralki, nawet sprzedaż ubezpieczeń idzie mu średnio, a na ulicy spuszczają mu manto przypadkowo spotkani „źli chłopcy”, nagle staje się tym złym. Silnym, czarnym charakterem potrafiącym zrobić wiele, żeby coś ugrać dla siebie. Było to trochę banalne, ale na szczęście z czasem skręciło w innym, świeższym kierunku.

Co jest głównym atutem Fargo? Nie robiąc żadnych spoilerów…

– po pierwsze: KLIMAT. Klimat prowincji, małego miasteczka w Minnesocie. I samej historii – jak totalny przypadek, spotkanie nieodpowiedniej osoby w najbardziej niespodziewanym momencie, podczas wizyty w szpitalu, może wszystko odwrócić i zaserwować temu małemu, trochę nudnemu miasteczku absolutną demolkę. Fabuła jest mocno filmowa, ale żeby było śmieszniej – na początku każdego odcinka dostajemy przypomnienie, że jest oparta na faktach.

– po drugie: ZRÓŻNICOWANIE. Oglądając premierowy sezon, długo nie do końca wiadomo… Kto tak naprawdę jest głównym bohaterem. Historia pokazana jest z dwóch różnych perspektyw, silnie ze sobą związanych. Nie ma jednej i tylko jednej postaci, mocno zarysowanej, dla której cała reszta byłaby wyłącznie tłem. Dlaczego to atut, o tym w punkcie poniżej…

– po trzecie AKTORZY. Zwłaszcza ci grający pierwsze skrzypce – Martin Freeman, znany z „Sherlocka” albo „Hobbita” oraz Billy Bob Thornton, robiący w Fargo za najczarniejszy charakter. Zresztą, Thornton to również ciekawa postać prywatnie. Facet pięciokrotnie żonaty, który niespełna 20 lat temu dostał Oscara za scenariusz, choć trafił do tej roboty pracując… jako kelner. W knajpie spotkał Billy’ego Wildera. W międzyczasie robił w życiu różne rzeczy – włącznie z układaniem asfaltu, graniem na perkusji w zapchlonych amerykańskich ruderach i byciem parobkiem na farmie. Do pracy przy serialu wrócił po 22 latach i odgrywa genialną rolę. Nie tylko zabija bez mrugnięcia okiem. Ma psychopatyczne zapędy, ale też nieprzeciętną inteligencję, pozwalającą mu manipulować otoczeniem – swoimi ofiarami, każdym, kto mu tylko stanie na drodze. Gdzieś w tle przewija się też Bob Odenkirk, czyli kultowy Saul Goodman z Breaking Bad, grający równie dużą życiową pierdołę, ale w zupełnie innym wydaniu.

Ostatni plus? Nie ma obaw, że ze zgrabnego serialu może się zrobić ciągnący się w nieskończoność tasiemiec. Trup ściele się gęsto, a historia dopełnia z ostatnim odcinkiem.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑