Filmy, które nigdy się nie nudzą (i budzą jednocześnie wyjątkową nostalgię)

Opublikowano Sierpień 8, 2013 | przez Gofrey

Na kanale „Ale Kino PL” od początku wakacji (albo od początku roku, ostatnio mam problemy z mijającym kompletnie niepostrzeżenie czasem) emitowany jest szereg powtórek polskich klasyków, od „Seksmisji” i „Misia”, aż po obie części „Vabanku”.

Trzeba ustalić na wstępie – nie nudzi się żaden z nich. Po raz setny wysłuchuję o tym, jak najlepiej dojechać do pracy, bo wie pan, mleko ma najszybszy transport, i wciąż mnie to bawi. Znów słyszę o tym, gdzie jest najbliższy czynny taras widokowy i znów poznaję „żonę, Zo-fię” i nadal są to historie, które są w stanie wyłączyć mnie na półtorej godziny ze świata. O ile jednak kino pokroju „Seksmisji”, „Kingsajzu” i tym podobnych wzbudza przede wszystkim uśmiech i ewentualnie tęsknotę za latami rozkwitu polskiej kinematografii (przy jednoczesnym ciągłym kiwaniu cenzury), o tyle „Vabank” jest filmem działającym jeszcze mocniej i głębiej.

„Vabank”, na który wczoraj znów zmarnowałem 108 minut mojego cennego czasu, wyzwala tęsknotę nie tylko za czasami świetnego kina, świetnych filmów, znakomitych reżyserów, wówczas jeszcze nieskażonych politycznymi wojenkami i komercyjnym pędem w kierunku komedii romantycznych. „Vabank” sprawia, że chciałoby się wskrzesić całą tamtą epokę. Wystarczy kilka minut, by kompletnie wchłonąć w świat pięknych dam i eleganckich facetów, który nie był wcale inny od naszego, też wymagał cwaniactwa, sprytu i kłamstw, ale nawet największe bezeceństwa opakowywał w urzekającym stylu.

Kwinto grający na trąbce i wyjaśniający z rozbrajającą szczerością, że „robił banki”, „bo tam były pieniądze”, Duńczyk ze swoim szelmowskim uśmiechem i ciętym dowcipem. Nieodżałowany Jacek Chmielnik (przejrzałem przed momentem jego zdjęcia, wykapany Ray Liotta, tylko nagrany na gorszej taśmie), jego brat z butelkami, buteleczkami. Nawet ten przeklęty krętacz Kramer, który nalewa sobie whisky podczas wizyty komisarza, jaki on ma styl, jaką charyzmę!

Wiadomo, że obraz na ekranie to nie to samo co międzywojenna rzeczywistość, ale unikalny klimat tamtych czasów utrwalony w filmie Machulskiego pokazuje, jak wszystko spieprzyliśmy. Jest sporo takich obrazków w Internecie:

 

olk1

olk2

 

Każdy ruch Kwinty, każde jego słowo i dialog pokazuje (odwołując się do innej komedii, tym razem Koterskiego) jak facet wyglądać powinien. Duńczyk, porywający w taniec „przynętę”, a wcześniej emocjonujący się meczem na stadionie, nawet zachowanie Moksa, gdy zastanawia się, czy Kwitno czasem „nie pracuje w innym dziale”. Psiakrew, jaka to musiała być urocza epoka.

 

Wiadomo, niektórzy nawet PRL zaczynają wspominać nieźle i wynika to jedynie z wypierania z czasem negatywnych odczuć i koszmarów na rzecz pozytywnych sentymentów, ale mam wrażenie, że z dwudziestoleciem międzywojennym (nie tylko w Polsce) jest jednak trochę inaczej. Przeglądam stare zdjęcia, oglądam dokumentację tamtych czasów, czytam archiwalne anegdoty, polecam szczególnie „Pitaval II RP” w czasopiśmie „Do Rzeczy” i myślę, że to naprawdę epoka za którą warto tęsknić. Czasy, z których naprawdę powinniśmy czerpać pełnymi garściami. Wzorce, które warto znać, do których warto dążyć. Jak znam „Ale Kino” jeszcze w tym tygodniu puszczą dwójkę. Znowu obejrzę czyste, jakby oddestylowane, albo odsączone: klasę, styl i elegancję. Może dlatego to tak ponadczasowy film…

PS: Filmem o niemal identycznej tematyce i zbliżonej konstrukcji jest „The Sting”, zresztą wywołujący u mnie podobne odczucia. Macie jeszcze jakieś podobne do podrzucenia? W momencie gdy nauczę się wszystkich dialogów z „Vabanku” na pamięć, chciałbym się już przerzucić na coś innego.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑