Fuck that shit. Skurwiel Jamie Foxx.

Opublikowano Kwiecień 23, 2013 | przez MB

jamie glaca

Kto obecnie jest największym kozakiem Hollywood? Oczywiście Jamie Foxx. O ile wymażemy z pamięci epizod soulowego żigolaka. Rolą Django w… „Django” przeszedł do historii współczesnego kina i już nikt mu nie podskoczy. Lecz na status największego skurwiela ciężko pracował.

Pierwszy raz w moim zasięgu pojawił się przy okazji filmu „Męska gra” Olivera Stone’a (najlepszy film o futbolu amerykańskim ever). Zagrał tam krnąbrnego, ale piekielnie zdolnego zawodnika Sharksów, który fikał do Ala Pacino. Już wtedy, a był to rok 1999, pluł z ekranu testosteronem. Jego bohater, Willie Beaman, miał wszystko: sławę, koks i dupeczki. Mocno mi wtedy imponował.

Kolejny raz w roli chojraka pojawił się w 2004 w „Odkupieniu” (ten film oglądałem jeszcze na VHS).  Jako osadzony w więzieniu przywódca ulicznego gangu Stan „Tookie” Williams był na maksa autentyczny. Szczególnie w scenach retrospektywnych, w których tłukł, gwałcił i mordował.

Niestety im bardziej Foxx musiał wyluzować (film oparty na faktach, „Tookie” w trakcie oczekiwania na wyrok śmierci zaczyna pisać książki i przestrzegać młodych ludzi przed przestępczym życiem), tym mniej mi się film podobał. Musiałem mieć wtedy coś nie tak pod czachą.

jamie django

Za to Foxx wcielając się w Raya Charlesa musiał mieć wielgachne jaja. Bez cackania się odarł z mitów legendarnego muzyka. Ukazał go jako dupiarza, seksoholika i narkomana, który był nieźle posrany. Ode mnie i od całego świata wielki szacun. Dla Foxxa nie ma świętości.

Tak samo jak dla Sierżanta Sykesa, którego sportretował w zaskakująco dobrym filmie „Jarhead: Żołnierz piechoty morskiej”. Foxx i tym razem się nie patyczkuje wcielając się w typowego wojskowego kata, który robi ze swoich żołnierzy totalne gówno. Łamie przy okazji wszystkie zasady, a jego najsłynniejsze zdanie brzmi „Fuck that shit!”. Sounds good.

Potem był porucznikiem Henrym Purcellem w „Niewidzialnych”, gdzie przystawiał się do Jessici Biel (mniam!). W międzyczasie ujarzmił turbonowoczesny samolot. Prawdziwy macho. Jeszcze później obiły się słynne „Mami Vice”, w którym był badassem z krwi i kości u boku wymoczkowatego Colina Farrella, oraz „Królestwo”, gdzie jako agent FBI pomykał na akcje w zajebiście męskich oksach. Bezpośrednio przed „Django” chwilę czasu poświęcił na rolę Deana „MF”  Jonesa w żenującej komedii „Szefowie wrogowie”. Tylko ogolona i wydziarana glaca Foxxa była w stanie zatrzymać mnie przed kompem.

Siedem ról agentów, sportowców, narkomanów, gangsterów i żołnierzy. Lata prężenia muskuł , zarywania panienek, wciągania koksu i lania po mordach. Jedna rola Django. Droga na szczyt skurwysyństwa była mozolna, ale opłacało się. Teraz może robić co chce. Np. zagrać w „The Amazing Spider-Man 2”. Pojawiły się już pierwsze zdjęcia z planu. Electro, bohater Jamiego, też do przyjemniaczków nie należy.

jamie electro

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑