Führer kontra aryjski Superman. Przewrotne losy Maxa Schmelinga

Opublikowano Marzec 17, 2015 | przez Jaskier

nokaut

Przeczytałem biografię Mike’a Tysona. Kawał lektury! Tarzałem się po podłodze, choć tak naprawdę to smutna książka. Zauważyłem przy tym pewną rzecz – o ile sam boks jako sport nie kręci mnie prawie wcale – uważam, że jest po prostu nudny – o tyle losy facetów trudniących się wzajemnym nawaleniem po mordach, to niemal zawsze arcyciekawe historie.

Ucieczki z gett, trudna młodość, odsiadki, kontakty w polityczną i kryminalną wierchuszką, ogromny hajs wylatujący z kieszeń, piękne kobiety. Nic tylko siadać do scenariuszy i kręcić filmy. Gdybym miał wybrać moje ulubione story, wskazałbym na Maxa Schmelinga. Dla wielu to najlepszy biały bokser w całej historii. Bracia Kliczko, ze swoim topornym, „radzieckim stylem”, mogliby być co najwyżej jego sparingpartnerami, gdyby do dziś stał w ringu.

Na pierwszy rzut oka to był okropny człowiek. Znajomy Goebbelsa i samego Fuhrera. Wydział propagandy III Rzeszy nie mógł znaleźć sobie lepszego bohatera, gdyż był żywym dowodem na wyższość rasy aryjskiej nad każdą inną. Był też kombatantem wojennym, który „grał w tej złej drużynie”.

Tyle „pierwszy rzut oka”. Poznajcie całą wersję tej historii.

Walka stulecia

– Jadą panowie Amerykanie, każden we własnem fordzie, jadą zobaczyć, jak dwóch frajerów będzie się prało po mordzie – śpiewało się w przedwojennej Warszawie. Frajerem numer jeden był Joe Louis. Drugi w historii czarnoskóry mistrz wagi ciężkiej. Frajerem numer dwa: Max Schmeling.

Dziś taka walka pobiła zapewne wszelkie rekordy oglądalności. Jednak sam sport nie był tu najważniejszy. Było to stracie ras, czarnoskóry śmieć kontra prawdziwy Aryjczyk. Walka dobra ze złem, ważny element nazistowskiej propagandy. Zdecydowanym faworytem był „Król Ringu” Joe Louis (szanse oceniano w stosunku 10:1). Jednak to Schmeling w 12. rundzie posłał rywala na deski. Został bohaterem narodowym, witały go tłumy, powiewały flagi. Czerwone, za swastykami.

W 1938 roku doszło do rewanżu. 70-tysięczna publiczność wypełniła nowojorski Yankee Stadium po brzegi. Najbardziej dyskutowana walka w historii boksu i zarazem… jedna z najkrótszych. „Aryjski Superman” wylądował na deskach po zaledwie 124 sekundach.

 

– Patrząc wstecz, jestem szczęśliwy, że przegrałem. Ciężko sobie wyobrazić, co by było, gdybym wrócił ze zwycięstwem. Po wojnie mógłbym zostać uznany za zbrodniarza wojennego – wspominał później w jednym z wywiadów Schmeling.

Führer

Gniew Hitlera po walce był nieunikniony. Upadł propagandowy symbol, znacznie utrudnione zostało sprzedawanie bajeczki o wyższości ras, skoro ich gladiator dostał po mordzie. I to w kompromitujący sposób. Sprawę próbowano wyciszyć, niedyspozycję mistrza tłumaczyć tajemniczym zatruciem.

Stosunki Maxa z Hitlerem były bardzo skomplikowane. Zaczęło się w 1935 roku, gdy bokser odmówił wstąpienia do NSDAP. Niewielu niemieckich sportowców, zdecydowało się na podobny krok. Chodziły również słuchy, że Führer miał chrapkę na żonę Schmelinga, piękną, czeską aktorkę Annę Ondra. Do tego ta przegrana walka. Bokser miał przechlane u największego zbrodniarza w historii.

Został karnie wcielony do Luftwaffe. W wielu źródła figuruje jako bohater wojennych III Rzeszy. Walczył na Krecie (Operacja Merkury). Został ciężko ranny – uraz kręgosłupa i kolana. Krążyły nawet pogłoski o jego śmierci. Taka jest wersja oficjalna. Być może czytaliście kiedyś książkę „Kaputt” Curzio Malaparte. Nie, nie jest to książka o Schmelingu. To reportaż z dwóch wojennych lat. Bokser jest w niej zasadzie statystą. Autor spotkał go na jednym z przyjęć. Dostajemy relację z Krety, do dziś nie wiadomo, czy prawdziwą.

– Leżałem na noszach, ale wcale nie byłem ranny – mówi Schmeling. – Wiadomość, jakobym został ciężko raniony w kolano, była fałszywa, lansował ją Goebbels w celach propagandowych. Prawda jest znacznie skromniejsza: dostałem okropnych kurczów żołądka. Powiem szczerze, cierpiałem na biegunkę. Nie zdążyłem wziąć udziału w walce. Wyskoczyłem 50 metrów prędzej i wylądowałem w krzakach.

uOz8TXf

Groził mu za to sąd wojskowy (defetyzm) i rozstrzelanie. Uchroniła go przed tym bokserska sława. Zresztą sąd, już nie wojskowy, mógł skazać go na śmierć zdecydowanie wcześniej – po wprowadzeniu ustaw norymberskich władze próbowały zmusić boksera do zerwania stosunków z czeską żoną, a także żydowskim menadżerem Joe Jacobsem. Max odmówił. Jednak prawdziwy akt heroizmu z jego strony miał miejsce w 1938 roku w tzw. Noc Kryształową. W czasie pogromu Żydów, ryzykując własnym życiem, uratował dwóch żydowskich chłopców. Przyznał się dopiero po 50 latach.

– Max zaprowadził chłopców do swojego pokoju w hotelu w Berlinie. W recepcji zostawił kartkę, że jest chory i nie można go odwiedzać. Gdy sytuacja uspokoiła się, Schmeling pomógł uciec im do Stanów Zjednoczonych. Jeden z chłopców, Henri Lewin, zarobił później fortunę w branży hotelarskiej – to fragment artykułu z „History Today”.

Polska w tle

Schmeling był w pewien sposób związany z Polską. Jego przodkowie byli właścicielami Mielna. Nie chodzi o nadmorski kurort, ale o małą wioskę w okolicach Słupska. W 1937 roku Max kupił dworek na Pomorzu, dokładnie w podmiasteckiej Ponikle. Jak wspomina, to tam spędzał najszczęśliwsze chwile z ukochaną. Tam też trenował. Dziś w Ponikle po dworku nie ma już śladu, ale została za to mała salka treningowa na wzgórzu wśród drzew. Jeśli zajrzelibyście do środka, zobaczyliście wystające z sufitu haki, na których wieszano worki treningowe. Jest też pamiątkowy obelisk z napisem w dwóch językach, polskim i niemieckim: „Pamięci mistrza boksu wszechwag”. W okolicy nie znajdziecie nikogo, kto pamiętałbym boksera, bowiem mieszkają tam głównie przesiedleńcy powojenni.

Jednak mała wioska na Pomorzu do dziś jest miejscem pielgrzymek niemieckich turystów, którzy chcą zobaczyć, gdzie mieszkał ich czempion. Sam Schmeling Polaków wspomina ciepło.

– Pewnego wieczoru, kiedy doglądałem treningu pięściarzy z Wermachtu, staruszek Polak, który posypywał trocinami deski ringu, powiedział mi: „Gdyby Pan nasz, Jezus Chrystus, miał takie pięści jak pan, nie umarłby na krzyżu”.

Powojenne losy

Po wojnie Schmeling wraz z żoną musiał uciekać z Pomorza. Ciężka sytuacja finansowa skłoniła go do powrotu na ring. Ostatnią walkę stoczył w Hamburgu, przegrał z jakimś leszczem i pożegnał się tym samym ze sportem. W całej karierze walczył 70 razy (56 wygranych, 36 przez nokaut). Życie po życiu? Raczej spokojne. Bokserzy często nie potrafią się odnaleźć, gdy gasną światła, nie jest im łatwo przystosować się do nowych warunków, życia w którym nie zarabiają już pięściami. Max poradził sobie nieźle. Zajmował się biznesem i prowadził fundacje charytatywną. Pamiętał o tych, którym się nie udało. Utrzymywał przyjacielskie relacje ze swoim największym przeciwnikiem Joe Louisem, który żył na skraju ubóstwa. Max pomagał mu finansowo, a także wyprawił jego pogrzeb.

9zrmM3Y

Powstały o nim dwa filmy („Joe and Max” i „Max Schmeling”). W Berlinie jego imieniem nazwano największą halę sportową. Trafiał na monety i znaczki. W końcu Niemcy uznali go najlepszym sportowcem XX wieku. Zmarł 10 lat temu. Jeżeli życie można porównać do walki bokserskiej, to Max swoją wygrał. Na punkty, bo osądziła go dopiero historia. Mam nadzieję, że podobnie będzie z Tysonem, którego biografię nakręci niebawem nieoceniony Martin Scorsese. W rolę mistrza pięści i skandalisty wcieli się Jamie Foxx. Jeśli zagra go tak doskonale, jak uczynił to w przypadku kreowania postaci Raya Charlesa, będzie to wielki hit.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑