Gdy zniknie ostatni trzepak, zgaście za nami światło

Opublikowano Grudzień 7, 2013 | przez Gofrey

trzepak

Gdy byłem małym kajtkiem, moje podwórko było wysypane żwirem, na jego obrzeżach było nieco czarnej gleby, widoku nie psuła żadna piaskownica. Za to piłkarskie dryblingi utrudniały dwie studzienki kanalizacyjne, dwa schrony „zabezpieczające” bloki przed ewentualną wojną jądrową oraz stojący w samym centrum tego całego bałaganu trzepak.

Rodzice mieszkający z moją prababcią na pierwszym piętrze mogli obserwować jak rajdom BMX-ów wokół tegoż trzepaka towarzyszą okrzyki o Gregu Hancocku, Ryanie Sullivanie (to ja, lubiłem go najbardziej, bo miał takie samo imię jak Giggs) i Piotrze Protasiewiczu, a sąsiedzi z przeciwnego bloku narzekać, gdy ktoś głośno krzyczał o tygrysim strzale Kodżiro. Nie byliśmy jednak z tego pokolenia, które napieprzało w piłkę od rana do zmierzchu. Czasem po prostu uwieszaliśmy się na trzepaku i gadaliśmy o pierdołach albo trzaskaliśmy jakieś fikołki, ale gdzieś w międzyczasie dyskutując o Mario i Contrze.

Wyprowadziliśmy się z rodzicami blok dalej gdy kończył się okres wczesnego dzieciństwa, a zaczynały dojazdy na treningi, do gimnazjum, potem do liceum i na studia. W naturalny sposób świat nieco się powiększył, więc zarówno trzepak, jak i schrony przestały być moim centrum wszechświata, stając się raczej mijanymi elementami scenografii, które witałem z radością przy powrotach do domu. Po zmianie mieszkania nadal byłem dzieciakiem, ale pierwszy, ten najbardziej beztroski okres dzieciństwa minął.

Dziesięć, może piętnaście lat później wróciłem do poprzedniego mieszkania, zaledwie blok dalej. Przecież doskonale widziałem, jak zmieniało się moje stare podwórko, przechodziłem tam co drugi dzień. Widziałem jak zmieniał się ten kiedyś pokryty czernią plac, jak żwirowe boisko pokrywa się trawą, używane w zdecydowanie mniejszym stopniu, niż półtorej dekady temu. A jednak, cios w mordę otrzymałem dopiero dzisiaj, gdy miałem dość czasu, by wyjrzeć za okno. By wczuć się w rolę moich rodziców, którzy właśnie z tego miejsca mogli śledzić moje pierwsze nieporadne strzały i podania, pierwsze upadki z trzepaka, pierwsze wywrotki na rowerach i zabawy w chowanego.

Piaskownica? Zbudowano ją tuż po naszej wyprowadzce, teraz nie ma po niej śladu. Ocieplano blok i postawiono w tym miejscu kontener budowlańców, potem ktoś chyba zapomniał, że tam w ogóle był piasek. Żwir? Trawa. Gęsta trawa, bardzo dużo gęstej, wysokiej trawy, obok schronów zaś dwa klomby zapełnione drzewkami i krzakami, wszystko zielone do porzygu, kwitnące, rosnące i wkurwiające każdego, kto pamięta rajdy BMX-ów.

Pamiętam, że wojny o ten skrawek terenu jeszcze za urzędowania siedmioletniego Kubusia były wyjątkowo ostre i bezpardonowe. Stare, zgorzkniałe i wyjątkowo niesympatyczne dziady z osiedla naturalnie walczyły z całych sił o jak największe zazielenienie tego żwirowego placu między blokami, my zaś – o pozostawienie nam możliwości gry i zabawy na terenie między dwoma budynkami. Skończyło się to naturalnie posadzeniem tysiąca dziwnych roślin i absolutnym zneutralizowaniu naszej aktywności – każdej zabawie towarzyszył bezustanny pisk: „złazić mię z tej trawy, gówniarzerio”. Jedyne, co ostało się z naszej wielofunkcyjnej areny żużlowo-futbolowo-gimnastycznej, to ten nieszczęsny trzepak. Nadal mieliśmy więc możliwość wkurwiania sąsiadów krzykami i wrzaskami, które towarzyszyły wszelakim fikołkom.

Dziś, wyglądając przez okno, uderzyła mnie przede wszystkim przerażająca cisza. Już pies srał te BMX-y, mecze piłki nożnej i rozegrane partie „państw-miast” na podwórku z nieśmiertelnym: „wywołuję wojnę naprzeciwko, małe piwko…”. Pies gonił biegi, skoki i wszystkie te naturalne rzeczy, które są niezbędne do prawidłowego rozwoju. Domyślam się, że dziś nie ma na to czasu. Ale trzepak? Miejsce spotkań (co oczywiste), ale i częstokroć jedyna okazja do rozruszania górnych partii mięśniowych (co mniej oczywiste)? Trzepak, centrum dowodzenia światem, miejsce, w którym składa się swój pierwszy podpis markerem, w którym po raz pierwszy poznaje się świat do góry nogami?

Wypieprzyli też ten trzepak, pewnie po to, by nie było im za głośno. Łaziłem tędy, wiedziałem, że już go nie ma, ale dopiero dzisiaj poznałem daleko idące konsekwencje – przeraźliwą, traumatyczną ciszę.

Dziką satysfakcję sprawiło mi ostatnio puszczenie na cały regulator rapowych hitów sprzed lat, tylko po to, by powkurwiać tych dziadów, którzy kiedyś przekreślili kariery kilku świetnie rozwijających się futbolistów, zabierając im ich prywatne Old Trafford. Potem, wyglądając przez okno doszedłem do wniosku, że na co dzień, bez tego przeklętego trzepaka, mają życie jak w ośrodku spokojnej starości pod Madrytem. A mnie, gdy już się zestarzeję i zgorzknieję, nie będzie już miał kto powkurwiać. Gdy zniknie ostatni hałaśliwy trzepak, niech ostatni zgasi światło. I wyjdzie w tej przytłaczającej ciszy starzejącego się osiedla.

PS: Tekst pisany jeszcze późną jesienią, w zimę to i nam dupa marzła, że się na trzepaku nie chciało zawieszać.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑