Głupota na sterydach, czyli „Pain and Gain”

Opublikowano Wrzesień 5, 2013 | przez Tindowiec

pain-and-gain-movie

Michael Bay –  synonim czerstwego humoru, filmów wypełnionych efektami specjalnymi, gdzie scenariusz mogłaby napisać dowolna osoba spotkana na ulicy. Bez rąk. Z porażeniem mózgowym.

I tenże Michael Bay zaskoczył mnie. Rozśmieszył. Zaszokował. Po pierwsze – zrobił naprawdę dobry film. Śmieszny, dynamiczny, z dobrym scenariuszem, gdzie wszystko trzyma się kupy, a żenujące żarty nie przyprawiają widza o rozwolnienie. A to wszystko zbudowane na prawdziwej historii ze słonecznego Miami lat 90-tych. Historii, która szokuje.

Trzech mięśniaków z lokalnej siłowni postanowiło zostać inteligentnymi i przebiegłymi przestępcami – tak w skrócie przedstawia się cała sprawa. W skrócie, bo to co dzieje się w tym filmie, nie pozwala uwierzyć, że mogło to wydarzyć się naprawdę.

Porywają oni żydowskiego przedsiębiorcę i torturują go, aby ten przepisał im cały majątek swojego życia. Udaje się to, jednak, jakimś cudem, Żyd przeżył. Policja nie uwierzyła, że porwało go trzech instruktorów fitnessu o łącznym IQ mniejszym niż długość ich penisów.

Wynajął więc prywatnego detektywa, który bierze sprawy w swoje ręce. Lekki spojler – pod koniec filmu, podczas sceny, gdy jeden z bohaterów, nafukany koksem jak pies Charliego Sheena, smaży na grillu ludzkie ręce pojawia się napis – „TAK, TO WCIĄŻ JEST PRAWDZIWA HISTORIA”.

Od razu po seansie rzuciłem się do czytania artykułów na temat sprawy przedstawionej w filmie. Dużo faktów jest zmienionych, m.in. pochodzenie porwanego i oprawców-debili. Jednak cały plot historii to prawda, ta pojebana sytuacja wydarzyła się naprawdę.

Bay nie spierdolił takiego samograja. Zrobił to w swoim stylu – jest głośno, kolorowo, szybki montaż czasami przyprawia o ból głowy. Bay miał nosa do obsady. Mark Wahlberg, Dwayne „The Rock” Johnson i Anthony Mackie tworzą niesamowite trio. Szczególnie Wahlberg i The Rock dają popis, kradną każdą scenę, w której się pojawiają.

Największym zaskoczeniem jest Johnson, kupa mięśni, która nie kojarzyła mi się nigdy z dobrym aktorstwem. Tymczasem olbrzym z Hawajów kapitalnie odegrał osiłka o małym móżdżku, który kocha w życiu trzy rzeczy – Jezusa, pieniądze i kokainę. Do tego jeszcze kokainę, kokainę i kokainę.

Historia przedstawiona w filmie to makabra, zabójstwa, odcinane kończyny. Jest jednak tak odrealniona, że aż śmieszna. Czarny humor wylewa się z ekranu na równi z litrami krwi. I to jest największa siła tego filmu – przez cały seans ma się świadomość cierpienia i bólu ofiar tej masakry z Florydy. Jest ona jednak przedstawiona w taki sposób, że nie pozostaje nic innego, jak kupić popcorn, hektolitry Coli i śmiać się do łez, kiwając głową z niedowierzaniem.

Bay zrobił, nie boje się użyć tego słowa, małe arcydzieło w swojej klasie. To jest film, który w pewnych kręgach może stać się kultowym za kilka lat. Fun Movie. Jointy, alkohol, kumple i zabawa na całego. Napompowana testosteronem, sterydami, pięknymi kobietami, fajną muzyką i rzeźnią w słonecznym Miami.

PS. „Pain and Gain” w oryginale. “Sztanga I Cash” w polskim tłumaczeniu. Naprawdę? Seriously? Polscy tłumacze – jebnijcie się w łeb.

Komentarze

Mokre majtki kobiet na widok mięśni aktorów
Trio porywaczy-debili
TA HISTORIA WYDARZYŁA SIĘ NAPRAWDĘ
Bar Paly

Podsumowanie: Michael Bay w końcu zrobił dobry film, który momentami śmieszy do łez.

5


Ocena użytkowników: 2 (119 głosów)

Tagi: , , ,



Back to Top ↑