Górnik kontra biznesman, czyli rozmawiamy z Klaudią i Bartkiem o polskim meczu stulecia

Opublikowano Lipiec 2, 2013 | przez ZP

Igna(1)

Klaudia Jans-Ignacik i jej mąż Bartek opowiadają nam o spotkaniu Janowicz-Kubot na kortach Wimbledonu, o tym, kto w tenisowym światku rwie dupy, kto pali jak smok, a kto… zwiewa z Londynu gdy tylko trochę popada.

Jako jedyny kraj na świecie wprowadziliśmy do ćwierćfinałów tegorocznego Wimbledonu aż trójkę tenisistów. Szok?

Klaudia Jans-Ignacik (zawodowa tenisistka, finalistka French Open w grze mieszanej): Nie, ja bym tego tak nie określiła. Już wcześniej w tym roku było widać, że nasi grają coraz lepiej, że coraz bardziej w siebie wierzą. Ta forma, którą budowali od kilku miesięcy, zaczęła niedawno w końcu ewoluować. Dlatego przed Wimbledonem nastawiałem się na to, że nasza trójka zagra dobrze na trawie. To przecież jest ich nawierzchnia. Liczyłam również, że trochę więcej osiągnie Ula Radwańska. W końcu zwyciężyła kiedyś juniorski Wimbledon, na tej nawierzchni czuje się dobrze.

Bartek Ignacik (mąż Klaudii, dziennikarz sportowy stacji Canal +): Nie wiem o czym Klaudia mówi, to, co się stało w Londynie, to dla mnie wielki szok. Gdyby przed turniejem ktoś powiedział mi, że trójka naszych zawodników zagra w ćwierćfinale, to wysłałbym gościa do apteki. Ale skoro do tego doszło, to myślę, że wszyscy powinniśmy się cieszyć, wręcz skakać wysoko do góry z radości, ponieważ kolejny taki turniej wielkoszlemowy w wykonaniu naszych wydarzy się za dziesięć, piętnaście lat.

Czyli ten sukces to przypadek, a nie początek złotych lat w tenisie?

Bartek: Nie, tak też nie można powiedzieć. W końcu to wszystko idzie w dobrym kierunku od kilku lat. Na Wimbledonie zaczęła szaleć Agnieszka, niedawno pojawił się Jurek, a i Łukasz zawsze grał w Londynie swój najlepszy tenis. Miejmy tylko nadzieję, że do tych ludzi dołączą w końcu jakieś inne nazwiska. To smutne, że jak popatrzymy dalej, w tył, to nikogo zdolnego za bardzo nie widać. Są siostry Radwańskie, Kubot, Janowicz, Przysiężny, debel Matkowski-Fyrstenberg, jest Klaudia i tyle. Z drugiej strony lepiej żebyśmy mieli mocną dziesiątkę zawodników niż słabą dwudziestkę.

Dziennikarz sportowy Przemek Rudzki napisał w poniedziałek, po awansie Kubota i Janowicza, takie zdanie: „od dzisiaj wszyscy znamy się na tenisie”. Kpił, ale celnie – znając Polaków tak właśnie może być.

Klaudia: Coś w tym jest. Podam ci przykład: wczoraj, wchodząc do bloku, rozmawiałam przez telefon i mówiłam do słuchawki coś w stylu „fantastyczna sprawa, dwójka naszych w ćwierćfinale, jeden zagra w półfinale, pierwszy raz w historii, ekstra!”. I nagle słyszę zza pleców sąsiada, który krzyczy: nie ma pani racji, Fibak już w nim był! Musiałam mu tłumaczyć, że nie, że w Wielkim Szlemie pan Wojtek na tym etapie nie grał. Widać, że przypadkowe osoby mają coraz większą chętkę, żeby udzielać się w sprawach tenisa.

Bartek: Ja tylko czekam na jakiś mądry felieton byłego naczelnego „Przeglądu Sportowego” Romka Kołtonia. Po Paryżu już napisał o Janowiczu, na razie milczy, może czeka na rozwój wypadków w ćwierćfinale?

W 2004 roku ekrany kin podbijał film „Wimbledon”. Sto dziewiętnasty na liście ATP gość otrzymał w Londynie dziką kartę, a potem wygrał imprezę. Myślicie, że polscy kibice wierzą, iż Kubot ziści podobny scenariusz?

Klaudia: Raczej nie, ale jakieś podobieństwo do tego bohatera u Łukasza jest, chodzi mu tutaj o wiek. Kubot jest już po trzydziestce, a tamten facet, z tego co pamiętam, też był doświadczonym zawodnikiem. Dziś czytałam fajny wywiad z Łukaszem. Mówił, że przedłużył sobie tym awansem do ćwierćfinału karierę o rok, a może i dłużej. Myślę, że on czuł, że jeśli się nie uda teraz, to już nigdy nie wypali. Gdyby w Londynie nie wyszło, wypadłby na dobre z pierwszej setki, musiałby grać eliminacje do dużych turniejów, to byłoby męczące, frustrujące, może przez to wszystko skupiłby się tylko na deblu. Tymczasem tak się nie stanie, co mnie bardzo cieszy. Podobnie jak fakt, że w ćwierćfinale spotka się dwóch Polaków.

Bartek: Porównując Łukasza z Jurkiem to jeden jest górnikiem, a drugi biznesmanem. Kubot ciężką orką od młodego wieku doszedł tu gdzie jest, Janowicz natomiast zrobił dwie duże transakcje, które przyniosły spore efekty. To pokazuje, jak duża jest między nimi różnica w skali otrzymanego talentu.

Eksperci widzą raczej faworyta w Janowiczu. Bo młodszy, silniejszy, bardziej wypoczęty – nie ma w nogach tylu setów co Kubot, który nagrał się też w Londynie sporo w deblu. Co o tym myślicie?

Bartek: Moim zdaniem to wszystko nie ma żadnego znaczenia. Na trawie najważniejsze są dwa aspekty gry – serwis i return. W ćwierćfinale spotkają się zawodnicy, z których jeden – Jerzy – ma najlepszy serwis w tegorocznym Wimbledonie, a drugi – Łukasz – dysponuje najlepszym returnem. Tak naprawdę ich szanse wyglądają fifty-fifty. No, może trochę bardziej stawiam na Janowicza. A to dlatego, że jest nawet nie sto, a tysiąc razy mocniejszy psychicznie niż Kubot, dlatego o wiele szybciej doszedł w karierze do miejsca, w którym Łukasz nigdy się nie znajdował.

To ciekawe co mówisz, bo jak człowiek popatrzy na ich zachowanie na korcie, to może pomyśleć, że jest na odwrót. Jerzy podczas gry strasznie się wkurwia, Łukasz to oaza spokoju, wydawałoby się więc, że jest silny psychicznie.

Klaudia: Ja teraz mówię.

Bartek: Czekaj, dokończę swoją myśl. Dam wam przykład: Janowicz i Kubot jadą na dyskotekę, na podryw. Gwarantuję wam, że Łukasz może porozmawia z jakąś dziewczyną po dziesięciu piosenkach, a Jerzy zrobi to przed pierwszą. I to jest ta różnica w pewności siebie między nimi. Łukasz w ogóle nie pasuje charakterem do tria siostry Radwańskie-Janowicz. Jest bardzo spokojny.

Klaudia: A poza tym to najbardziej profesjonalny tenisista jakiego znam.

Bartek: To w ogóle najbardziej profesjonalny sportowiec w tym kraju.

Klaudia: Wszystko robi na sto procent. Może to efekt tego, że był wychowywany w rodzinie sportowej? Jego ojciec jest trenerem piłkarskim.

Bartek: Jakiego klubu?

Klaudia: Tego z Polkowic.

Bartek: No, pamiętasz co ci powiedziałem niedawno, brawo!

Klaudia: Hura! No więc Kubot od zawsze zwracał uwagę na dosłownie każdy aspekt życia sportowca. Pamiętam, że gdy był młodym chłopakiem, to ojciec zawsze mu mówił: możesz oszczędzać na wszystkim, tylko nie na jedzeniu. Zdrowe odżywianie się jest najważniejsze.

Bartek: Gwarantuję, że moja małżonka jest z tej samej szkoły!

Janowicz z Kubotem to są dobrzy kumple?

Bartek: Ci goście, którzy cały czas jeżdżą po turniejach, są kolegami. Widzą się non-stop, od rana do nocy, więc jakieś tam więzi między nimi powstają.

Klaudia: Łukasz i Jerzy są razem w drużynie daviscupowej, lubią się, wspierają, ale na tym etapie turnieju jest już tak duży profesjonalizm, że gwarantuję, iż dziś ani jutro nie zjedzą razem obiadu. Nie będą też się wspólnie rozgrzewać przed ćwierćfinałem. Tu każdy skupia się na sobie, co oczywiście nie znaczy, że nie mają do siebie szacunku.

Bartek: Oni do siebie bardzo pasują. Wiem, że obaj są wewnątrz sporymi wrażliwcami i to ich do siebie przyciąga.

To są goście, którzy wzajemnie się przedrzeźniają, wysyłają sobie złośliwe SMS-y, czy raczej nie?

Bartek: Akurat w tej kwestii to mistrzami są Mariusz Fyrstenberg z Marcinem Matkowskim. Między tymi dwoma ciągle są jakieś docinki i wygłupy. Między Łukaszem, a Jerzym tego nie ma. Ale to mnie nie dziwi, w końcu pomiędzy nimi jest spora różnica wieku, osiem lat.

Nie brakuje opinii, że dla polskiego tenisa lepsze byłoby zwycięstwo Janowicza, ponieważ w ewentualnym półfinale mógłby bardziej od Kubota postawić się Andy’emu Murray’owi. Zgadzacie się z tym?

Bartek: To są jakieś absurdalne teorie, na poziomie tych piłkarskich. Nie myślmy o tym, co się stanie, niech po prostu wygra ten, kto pokaże lepszą dyspozycję dnia. Choć osobiście uważam, że Łukasz Kubot nie ma najmniejszych szans z Murray’em w ewentualnym półfinale. Ale za całą karierę należy mu się ten awans do najlepszej czwórki. Jerzemu natomiast należy się on za wspaniałą formę w tym turnieju, on mógłbym z Brytyjczykiem powalczyć. Szkoda, że miejsce w półfinale jest dla nas tylko jedno. No, chyba, że Andy powie coś w stylu: o, widzę, że Polacy piszą właśnie historię tenisa, to ja się wycofuję, oddaję wam drugie miejsce, nie będę przeszkadzał. Tak, to byłby piękny gest z jego strony (śmiech).

Klaudia: To będzie dla nich bardzo trudny mecz pod względem psychicznym. Jurek powiedział, że wolałbym grać ten ćwierćfinał z Rafą Nadalem niż z Kubotem, bo ewidentnie ciąży na nim wielka presja. Raz, że jest młodszy, dwa – ma lepszy ranking. Trzy – w Polsce na każdej stronie internetowej najpierw piszę się o Janowiczu: „Jest w ćwierćfinale… Kubot też”, tego typu zdania widzę na każdym portalu. A pod nimi duże zdjęcie Jurka, a małe Łukasza. To wszystko może go peszyć.

Bartek: Smutne, że wielu kibiców patrzy w ranking i mówi: ten Kubot to miał szczęście, gość z niskim rankingiem awansował tak daleko, co za przypadek. Łukasz nie zasłużył na takie traktowanie, szczególnie przez takich ludzi, którzy jeszcze dwa tygodnie temu nie znali nawet jego imienia.

Ignacio2

Tenisiści na Wimbledonie obżerają się tymi kultowymi truskawkami z bitą śmietaną, czy wpieprzają je tylko kibice?

Klaudia: Tam nie ma bitej śmietany, tylko taka specjalna śmietanka, pewnie trzydziestoprocentowa, czyli mało dietetyczna (śmiech). Gwarantuję, że wszyscy tam jedzą te truskawki i nie zwracają nawet uwagi na to, ile funtów kosztują, a nie są tanie, zapewniam.

Bartek: Moim zdaniem pośród zawodników króluje jednak niezawodny jak zawsze makaron.

Jak wygląda dzień tenisisty na Wimbledonie?

Klaudia: Treningi można rozpocząć po dziesiątej rano. Wcześniej korty są niegotowe i… fajnie, ponieważ nie trzeba zrywać się rano, jak choćby na US Open gdzie o 6 podnosiliśmy się z łóżek, żeby zdążyć dojechać z Manhattanu. Potem każdy coś je, pójdzie do siłowni, a następnie udaje się do domków, wynajętych w okolicach kortów. Mało kto korzysta z hotelu dla zawodników, ponieważ jest usytuowany 50 minut drogi od Wimbledonu.

Czyli raczej nie ma w Londynie historii w stylu tych, którą kiedyś zaliczyli piłkarze Spartaka Moskwa – musieli jechać metrem na mecz, ponieważ autobus stanął w korkach.

Klaudia: Takie coś mogło się przydarzyć tylko niedoświadczonym zawodnikom, debiutantom, którzy wybrali hotel w Chelsea. Cała reszta przychodzi na korty… na piechotę, z domków. To fajnie wygląda dla kibiców: Wimbledon leży w takiej dolince i z góry, z czterech stron świata, schodzą się do niej tenisiści.

Bartek: Najgorzej na Wimbledonie jest wtedy, gdy zacznie padać deszcz. Zawodnicy siadają i jedzą, jedzą, jedzą. Tam jest wielka powaga – żadnej muzyki, stołów z piłkarzykami, nie ma w ogóle rozrywki. Człowiek siedzi, patrzy na deszcz, na twarze innych graczy i je, je, je. A kiedy mocno pada przez kilka dni, dzieją się cuda. Taki Roger Federer… pakował się w samolot do Szwajcarii, trenował na kortach w domu, a potem wracał do Londynu.

Czyli profesjonalista. A bywa tak, że niektórzy zawodnicy z nudów po prosty chleją?

Bartek: Jest wielu tenisistów, którzy piją alkohol. Pod tym kątem nie różnią się od innych grup społecznych. Oczywiście nie wali się procentów godzinę przed meczem, to byłaby już przesada. Wielu zawodników także pali. Weźmy takiego Davida Ferrera: chłop biega po korcie chyba najwięcej ze wszystkich, a jednocześnie po tym wysiłku idzie i strzela sobie pare dymków. To pewna informacja, sam z nim jarałem fajki (śmiech).

Klaudia: Gwarantuję, że Łukasz czy Jerzy nie piją przed spotkaniami. Po zresztą też nie bardzo, może jedno piwko, na zakwasy. A tak to pełna profeska: masaż, odnowa, grzeczne spanie, czyli regeneracja.

A propos masażu – kiedyś odwiedziłem polskiego sportowca w Spale. Po dniu spędzonym w tym miejscu miałem wrażenie, że tam pierdolą się absolutnie wszyscy ze wszystkimi. W światku tenisowym też tak jest? Podczas długich, deszczowych wieczorów na Wimbledonie i innych turniejach zdarzają się np. jednonocne przygody?

Klaudia: Są takie historie, oczywiście, że tak.

Bartek: Klaudia wie, w końcu widziała to od środka, niech opowie (śmiech).

Klaudia: Ja takich akcji nie przeżyłam, ale inni… Wiesz, to hermetyczne środowisko. Wszyscy się znają, jeżdżą po turniejach 9-10 miesięcy w roku, bywają wygłodniali, więc muszą sobie jakoś radzić. To chyba naturalne, że młodzi ludzie mają jakieś potrzeby. Więc gdzie mają szukać romansu, jak nie w swoim środowisku?

Bartek: Powiedziała moja małżonka, będąca aktualnie w dziewiątym miesiącu ciąży. Mam nadzieję, że to dziecko, które przyjdzie na świat, będzie miało moje rysy, a nie Stefana Edberga (śmiech).

Klaudia: A żeś poszedł z tym Edbergiem, on był przystojny ze dwadzieścia lat temu!

Kibice na turniejach bywają pomysłowi? Mnie rozbroiły niedawno fanki hokeja podczas meczu NHL. Wysmarowały dla jednego zawodnika transparent „we sucked ur dick in high school”, a potem pokazały go całemu światu. Szaleństwo.

Bartek: Tenisowa widownia jest zbyt konserwatywna na takie numery. Gdyby ktoś na Wimbledonie wyskoczył z podobnym napisem, to pewnie dostałby dożywotni zakaz wstępu na ten turniej.

Klaudia: Jeśli już ktoś coś robi, to są ta akcje w stylu karton z napisem „Maria, will u marry me?” kierowane pod adresem Szarapowej.

Bartek: Ale to śmiech na sali w porównaniu z NHL. Powiem ci coś lepszego: jest taki jeden zawodnik, Leander Paes, on trochę lata po trybunach i poluje na kobiety.

Klaudia: Mały ale wariat (śmiech).

Bartek: Dokładnie tak! Proszę też śledzić jego partnerki mikstowe – zasada jest taka: jeśli jakaś dziewczyna wystąpi z nim w duecie, to oznacza to początek romansu (śmiech).

Mamy w Polsce jakiegoś nastolatka, który w ciągu najbliższych trzech lat może przebić się tak bardzo, jak Janowicz?

Bartek: Szczerze? Nie ma takiego.

Klaudia: Pamiętajmy też o jednym: niekoniecznie trzeba być dobrym juniorem, żeby potem osiągać sukcesy. Ja nigdy nie występowałam w młodzieżowym szlemie, a jednak potem sobie dałam radę. Nieźle wygląda za to tegoroczny mistrz Polski – Paweł Ciaś. Jestem zachwycona jego grą. Super chłopak. Trenowałam z nim i powiem ci jedno: dawno nie widziałam takiego talentu. Trzymam za niego kciuki.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑