Gwiazda muzyki, król internetu, wirtuoz pianina i włoskie jointy, czyli dlaczego kocham Warszawę

Opublikowano Wrzesień 29, 2013 | przez Tindowiec

Ostatnio zastanawiałem się, dlaczego kocham Warszawę ? Gdyby ktoś zapytałby mnie o to, czy warto tu mieszkać, co to miasto ma do zaoferowania, po pewnym wtorkowym wieczorem mam odpowiedź. Kocham Warszawę za to, że w jeden dzień mogłem spotkać tu gwiazdę światowej muzyki, łyknąć trochę historii, przybić piątkę z wirtuozem pianina, napić się wódki z gwiazdą internetu, spalić jointa prosto z Genui i upić się z kibicami Sportingu Lizbona. Tak, kocham Warszawę.

Dzień zaczął się niepozornie. Trzeba było pójść do roboty, zrobić swoje i czekać na koncert Macklemore’a , na który szykowałem się już od kilku miesięcy. Po wypiciu trzech piwek, razem z moim współpracownikiem wpadliśmy jednak na pomysł, żeby zrobić flaszkę. Szybka wycieczka do sklepu, Stock w reklamówce (Wyborowa  ostatnio się tak zepsuła, że nie przechodzi przez gardło) i nagle moją uwagę zwróciła tablica na kamienicy. „Tutaj ukrywał się Władysław Szpilman…”. Przystanąłem.

warszawa

Dwa tygodnie temu po raz kolejny widziałem „Pianistę” (Canal Plus puszcza go w nocy średnio raz na tydzień). Piękny, niesamowicie smutny film. I ta scena, kiedy Szpilman w płaszczu oficera SS wychodzi z kamienicy i dostaje się pod ostrzał Rusków. – Więc to tutaj siedział na strychu – pomyślałem. Lubię takie rzeczy, lubię obcować z historią. Za to kocham Warszawę.

Flaszka pękła szybko. Wróciłem do domu, kąpiel, mięsko w sosie piwnym i jazda na koncert. Macklemore to gość, którego podziwiam. Parafrazując klasyka, kilkanaście miesięcy temu mógłbym napisać „gimby nie znajo”. Wtedy Mack był gościem, którego słuchała garstka osób w Polsce, nikt jeszcze nie słyszał o „Thrift Shop” czy „Can’t Hold Us”. „The Heist” to jedna z moich ulubionych płyt ostatnich lat, więc obecność na koncercie była obowiązkowa.

Pod blok podjechała taksówka, szybko zaopatrzyłem się jeszcze w ćwiartkę cytrynówki i  można było ruszać na Torwar. Taksówkarz okazał się spoko gościem, był mechanikiem wojskowym, którego właśnie zwolnili z pracy, bo… nakrzyczał na szefa. Smoleńsk, samoloty, cytrynówka, samoloty, cytrynówka.

Ciekawa gadka, ale już byliśmy pod Torwarem, więc trzeba było wysiadać. Bilet, kupiony przez internet, działał, do końca bałem się, że coś będzie nie tak. Dostałem opaskę i… myślałem, że wszedłem do gimnazjum. Zimowe czapki ze śmiesznymi napisami, bawełniane spodnie we wszystkich kolorach tęczy, klimat „GimbazaSwag” unoszący się w powietrzu.

– No trudno – pomyślałem, zakupiłem dwa piwka i szedłem pchać się pod scenę. Znalazłem dobre miejsce, z jednej strony miałem kumatych ludzi, którzy ewidentnie przyszli się pobawić i wyskakać. Niestety, po prawej ręce trafiła mi się gromadka dziewczyn, które 10 lat temu byłyby fankami Mangi, w dzisiejszych czasach słuchają jednak Macklemore’a. Podczas koncertu co chwilę dostawały ode mnie ręką po łbie. Przeprosiłem kilka razy, potem już jednak nie reagowałem na zawistne spojrzenia w moją stronę. Zabawa to zabawa.

Sam koncert – duża klasa. Było to, czego się spodziewałem – profesjonalne show podkręcone osobistymi wycieczkami Macklemore’a. Działo się. Mack w koszulce Legii, wielka flaga Polski na scenie, totalne szaleństwo przy „Can’t Hold Us” i „And We Danced”. Zobaczyć gwiazdę światowej muzyki – za to kocham Warszawę.

 

Po koncercie emocje nie schodziły, trzeba było więc jeszcze coś podtankować. Nowy Świat, wiadomo. Zamówiłem taksówkę pod radiową Trójkę. Czekając, nagle spotkałem…Leszka Możdżera, w towarzystwie niesamowitej blondynki (9,5/10, co za nogi!). Cytrynówka wciąż trzymała więc podszedłem.

– Panie Leszku, szacunek za „The Time”, to jedna z moich ulubionych płyt – Ooo, dzięki wielkie, piąteczka – odpowiedział Możdżer. Piątka została zbita, Możdżer też ewidentnie nie był tego wieczoru czysty, przynajmniej ćwiarteczka była zrobiona. Za to kocham Warszawę.

Taxa podjechała, Nowy Świecie – nadchodzę.

W „Ulubionej”, czyli najwspanialszym miejscu w Warszawie, czekał już na mnie kumpel, ten sam, z którym wcześniej w robocie zrobiłem Stocka. Bomba, bomba, bomba – ruszyliśmy. Kumpel jest już żonaty, więc powoli musiał się zmywać. A mi było mało wrażeń. Do Warszawy zjechał właśnie nowy nabór Erasmusów. Zbieranina z całego świata, która trafiła do melanżowej mekki – bo u nas jest tanio, wszyscy są życzliwi i chcą się bawić. Za to kocham Warszawę.

Od razu skumaliśmy się z dwoma Włochami – imion nie pamiętam. Jeden był z Genui, drugi z Napoli. Szybka wymiana zdań, „oo, Genoa przegrała ostatnio w derbach, „Napoli jest w Afryce (hehe), „Ja jestem kibicem Lazio” i machina ruszyła, już nikt nie zatrzyma. Chłopcy znaleźli bratnią duszę. „Masz papierosa?” zagaił mnie kibic Genoi. Dałem mu Camela. Po chwili oddał mi rozwalonego fajka, z samym filtrem. A więc to się święci. Kolega z Genui kręcił już grubego batona, z towarem przywiezionym z Włoch. Stock, cytrynówka, piwka, shoty, shoty, shoty, shoty i do tego joint – wiedziałem, że dobrze to się nie skończy. Ale co tam, raz się żyje. Parę buchów i od razu zrobiło się śmieszniej. Shot, shot, shot. Ale byłem zbombardowany. Za to kocham Warszawę.

Powoli mój pasek energii rodem z Mortal Kombat się kończył. Niepewnym krokiem ruszyłem w stronę taksówki. Kiedy jednak przechodziłem obok Pijalni Wódki i Piwa, usłyszałem znajomy głos. Znajome słowa. „Na Łazarskim rejonie, nie jest kolorowo”. Początkowo myślałem, że ktoś po prostu kręci bekę, ale nie – to był ON. JEDYNY. NIEPOWTARZALNY. BONUS BGC.

 

 

Jeżeli jeszcze go nie znacie – zawodnik MMA (20 zawodowych walk w Danii), raper, bokser, zawodnik futbolu amerykańskiego, kosmonauta, pisarz, krótko mówiąc – fantasta pierwszej wody. Król internetu. Facet, który porzygał się w trakcie wywiadu (filmik wyżej). Wokół wianuszek ludzi, „Lecimy w chuuuuuuuuuuj” niosło się po Nowym Świecie.

Był też Pakol, który na wejściu dostał ode mnie zaproszenie na białą i tekst, czy tym razem też zamawia wodę. Chwilę podyskutowaliśmy jak to na niepełnosprawnym robi pieniądze i przeniosłem się do Bonusa. Okazał się sympatycznym gościem, pozytywny, uśmiechnięty. Niestety, wciąż z pustką pod sufitem. Posłuchałem jeszcze coveru Queen…

 

I podjąłem ponowną zawijkę do domu. Znów się nie udało. Nie wiem jak, ale trafiłem pod skrzydła kibiców Sportingu Lizbona, którzy tłumaczyli mi historię klubu, dlaczego Benfica to kurwy i uczyli przyśpiewek prosto z Estadio Jose Alvalade. Za to kocham Warszawę.

Na drugi dzień obudziłem się z okrutnym bólem głowym, nie poszedłem do pracy, średnio przyjmowałem posiłki i nie miałem nawet siły zapalić papierosa. Ale właśnie za to kocham Warszawę.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑