Hej, hej tu NBA i Jego Wysokość Jordan…

Opublikowano Lipiec 2, 2015 | przez Gofrey

mjpower092323ljk

Ostatnio nadspodziewanie często wracają do nas ciepłe wspomnienia z lat dziewięćdziesiątych i im dłużej rozmyślamy o tych czasach, tym więcej znajdujemy fascynujących elementów naszego ówczesnego życia, za którymi dość mocno tęsknimy. Jednym z nich jest… dość egzotyczna fascynacja koszykówką. Egzotyczna, choć jednocześnie bardzo popularna. Karty zawodników, program „Hej, tu NBA”, legendarny rzut Jordana nad bezradnym Russelem – to wszystko bowiem grzało całe podwórka, jeśli nie osiedla…

Hej, tu NBA

Chyba od tego tak naprawdę się zaczęło. Najpierw występ legendarnego Dream Teamu z USA na igrzyskach olimpijskich w 1992 roku, potem związany z tym boom na NBA. Jak to ładnie ujęło TVP na swojej stronie internetowej – dzięki ich programom i relacjom, Polacy wreszcie zaczęli mieć z tym sportem wspólnego coś więcej, niż Ryszard Ochódzki w „Misiu”. Od tej pory koszykówka przestała być anonimowa, a trzeba przyznać że telewizja trafiła w idealny moment, czyli czasy króla Michaela.

Hej, tu NBA – charakterystyczny początek najsłynniejszego programu o amerykańskiej koszykówce – do dziś brzmi w uszach wielu fanatyków, zniesmaczonych dość oszczędnym przekazywaniem współczesnych informacji zza oceanu w ogólnodostępnych mediach. Zresztą, to też znak czasów. Dziś wszystkie wyniki można sprawdzić w sekundę na stronie, podobnie jak najlepsze akcje tygodnia i liczbę strat rozgrywającego Los Angeles Clippers w pierwszych trzech minutach trzeciej kwarty wciąż trwającego meczu. Wtedy jednak autentycznie czekaliśmy na to, co powie Szaranowicz.

 

Szaranowicz, nieco trywialna nazwa, obciachowe powitanie, w sumie sporo błędów i nieszczególnie wysoka jakość. Ale jednak – każdy meldował się przed telewizorem i chłonął magiczną koszykówkę z innego, lepszego świata.

Miesięcznik „Magic Basketball”

Tłumaczone teksty, setki tabelek, dość skromna liczba stron, szczególnie jeśli uwzględnimy liczbę i wielkość zdjęć. A jednak, „Magic Basketball” to integralna część naszego dzieciństwa. To z tego magazynu dowiedzieliśmy się o dzieciństwie Davida Robinsona z San Antonio Spurs, zobaczyliśmy, że Chris Mullin jest niesamowicie szkaradny, a Charlotte Hornets, Miami Heat, Orlando Magic i Minnesota Timberwolves to zespoły dość świeże w lidze. To właśnie „Magic Basketball” podrzucał obszerne statystyki, to dzięki niemu wiedzieliśmy kto ma najwięcej asyst i jak wiele zbiórek może zanotować Dennis Rodman.

http://www.enbiej.pl/wp-content/2012/12/skanowanie0003-809x1024.jpg
Fot.enbiej.pl

W gruncie rzeczy – to był kawał niezłego czasopisma. Artykuły były tłumaczone naprawdę przyzwoicie, a wiedza, którą czerpaliśmy z MB, pozwalała udoskonalić podwórkowe mecze o nazwiska nawet tych mniej medialnych zawodników.

„Kosmiczny mecz”

Michael Jordan i Królik Bugs. Prawdopodobnie najlepszy duet w historii koszykówki, dystansujący nawet świeżutki tandem Splash Brothers z zespołu obecnego mistrza NBA, Golden State Warriors. Do tego Bill Murray, plejada gwiazd NBA z lat dziewięćdziesiątych, w tym pocieszny Muggsy Bogues. Mnóstwo dobrego humoru, świetna rodzinna komedia, obłędny soundtrack.

 

Mieliśmy to na kasecie VHS. Chyba się starła od liczby wyświetleń.

 

Karty z zawodnikami

Nie żartujcie, że takich nie mieliście…

http://collections.pl/files/karty_nba_627.jpg

NBA LIVE

Okej, przyznajemy, hitem w pierwszych latach posiadania przez nas komputerów była mimo wszystko FIFA, ale i NBA Live od EA Sports dawało sobie świetnie radę. Składy, ultra-realistyczna grafika (ta…) oddająca szaleństwo na głowie Dennisa Rodmana, wsady, alley-oop, te sprawy. Grywaliśmy w to. Naprawdę długo w to grywaliśmy.

 

Draft 1996

Ha, coś co elektryzuje chyba równie mocno jak koszykarskie mecze. Drafty, dobieranie zawodników z uczelni, losowanie kolejności wyboru, typowanie, który zespół zgarnie najbardziej łakome kąski. No i draft z 1996 roku, który – jak się miało później okazać – nie był takim zwyczajnym draftem…

Choć dla osób, które dopiero zaczynały przygodę z koszykówką przeprowadzona przed sezonem gala z 1996 roku nie wydawała się niczym nadzwyczajnym, eksperci już po kilku miesiącach czuli, że trafiła się jakaś szalona generacja. Kobe Bryant wybrany z numerem trzynaście (!), Ray Allen, Allen Iverson, Stephon Marbury, Antoine Walker, Steve Nash, Jermaine O’Neal, Žydrunas Ilgauskas… Co nazwisko to legenda! A my – szczęściarze – mieliśmy okazję oglądać ich (a może tylko czytać o nich?) „zanim zostali sławni”. Oj, to naprawdę było coś wielkiego.

Ten ostatni rzut…

Szósty mecz finałów NBA 1998. Utah Jazz przegrywa z Chicago 2:3 w serii, ale ma olbrzymie szanse na wyrównanie wyniku. Prowadzi 86-85, do końca kilkanaście sekund, piłka po stronie Karla Malone’a i spółki. I wtedy Michael Jordan, który po sezonie miał definitywnie rozstać się z koszykówką, notuje przechwyt. Staje oko w oko z Russellem, wyczekuje…

 

Bum. 87-86, pięć sekund do końca. Chicago Bulls z kolejnym mistrzowskim pierścieniem, Michael Jordan z wymarzonym zakończeniem znakomitej, oszałamiającej kariery. Jasne, potem był jeszcze powrót w barwach Washington Wizards, wszyscy jednak wiedzą, że prawdziwym końcem pięknego lotu „Jego Wysokości” i przy okazji pewnego etapu w historii koszykówki był właśnie rzut nad Russelem.

*

Jasne, dziś NBA pisze kolejne piękne historie. Po Jordanie przyszli kolejni, po magazynie „Hej, tu NBA” nadeszły czasy transmisji live niemal każdej nocy, my sami zaś mamy dostęp do materiałów z całego świata, które „delikatnie” przewyższają objętością zawartość naszej kolekcji „Magic Basketball”.

Ale to już nie to samo…

 

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑