„Hustler”, seks i koka. Chciałbym żyć w Stanach Zjednoczonych lat 70.

Opublikowano Styczeń 14, 2014 | przez MB

hustle

Nie było chyba w historii lepszych czasów niż Stany Zjednoczone lat 70. Pod względem muzycznym, kulturowym i obyczajowym to prawdziwa wisienka na torcie popkultury, o której przypomina obsypany Złotymi Globami „American Hustle”.

Gdybym mógł zażyć dragi, które nie tylko dają dobrą fazę, ale także przenoszą w czasie, na drugi dzień chciałbym się obudzić z mocnym kacem w jednym z hoteli, w którym akurat kończył melanż George Jung. To ten sam typ, którego w filmie „Blow” zagrał Johnny Depp. A pamiętacie co tam się działo. Klimat słodkiego haju, szeleszczącego hajsu i obyczajowej swobody pociąga bardziej niż myśl o zakupie nowego iPhone’a.

Oczywiście równie dobrze mógłbym trafić do salonu jednorodzinnego domku gdzieś na amerykańskich przedmieściach i żyć jak Kevin Arnold w „Cudownych Latach” albo Eric Forman w „Różowych latach 70”. Ale to nic, i tak czułbym się jak król życia. Zgodnie z tytułem kawałka Queens Of The Stone Age „You Think I Ain’t Worth a Dollar, But I Feel Like a Millionaire”.

Plan maksimum zakłada jednak blichtr, luksus i seks w oparach haszu.

Oczywiście musiałbym być narkotykowym bossem jak Howard Marks po przeprowadzce do USA albo pimpem Lindy Lovelace, no ale czemu nie?

Żeby dostać się do towarzyskiej śmietanki i spijać szampana z ust atrakcyjnych modelek warto byłoby trochę podilować i założyć jakiś kartel.

A było przecież co opychać. Handel marihuaną był na porządku dziennym, a przemytem parał się co drugi Amerykanin  w rubryce zawód wpisujący bez ogródek „przemytnik”. Do tego meskalina, grzyby halucynogenne i nasiona powoju. W międzyczasie Timothy Leary do spółki z Brianem Barrettem głoszący swoje nauki o stanie świadomości.

Ponadto na lata 70. przypadają początki branży porno, Larry Flint ze swoim przełomowym na skalę świata magazynem „Hustler” i dużo, dużo seksu. W klubach, w hotelach, na grubo zakrapianych przyjęciach, w garderobach striptizerek i backstage’ach.

Oczywiście w rytm sensualnej i zmysłowej muzy. Funk, jazz, r&b i soul to soundtrack ówczesnego dymanka. Stevie Wonder, Kool & The Gang, The Commodores, Gloria Gaynor itd. Eksplozja disco, “Gorączka Sobotniej Nocy”, „Grease” i John Travolta w najlepszej formie. Biba w takim towarzystwie to absolutny Mount Everest melanżu.

Zarabiając hajs na dziwkach albo branży muzycznej, wszystko jedno, świat wyskoków Franka Zappy, Captaina Beafharta, Talking Heads, Ramones czy Blondie to chleb powszedni. Do spółki z Marlonem Brando, Alem Pacino, Robertem De Niro po seansie „Gwiezdnych Wojen” George’a Lucasa.

Koszula z kołnierzem po same barki, bycze oksy, kolorowe garnitury i miasto nasze. Wyrwać „Aniołki Charliego”? Jasna sprawa. Nie to co niezguła Austin Powers (choć chapnąć Beyonce to też nie lada wyczyn).

To samo, proszę Pana, w polityce i biznesie. I o tym jest „American Hustle”. O brudzie i zdegenerowanym społeczeństwie, które czekało na odrodzenie gier hazardowych. O swobodzie obyczajowej i cichym przyzwoleniu na nieczystość, które tak bardzo pobudzają z perspektywy czasu. Uwodzenie, zdrady, romanse, bzykanie w toalecie i wciąganie koki z pleców prostytutki.

Christian „Batman” Bale jako genialny oszust, Bradley „Klata jak armata” Cooper jako niezrównoważony gliniarz, uwielbiane przez Hollywood Jeniffer Lawrence oraz Amy Adams jako kochanki i uwodzicielki. W tle The Temptations, Lou Reed, Ella Fitzgerald i Duke Ellington a w żyłach mnóstwo białego.

Życie było wtedy zajebiste.

 

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑