I powiozą cię windą do nieba… Albo niekoniecznie, o ile jesteś Van Damme’em

Opublikowano Październik 12, 2013 | przez Limonow

winda2

Mieszkanie w centrum Warszawy to na pozór życie usłane różami. Rzucasz kasę na stół, rozpłaszczasz się na balkonie z widokiem na Pałac Kultury i masz wszystko w głębokim poważaniu. Pięć minut na Nowy Świat, siedem na Krakowskie Przedmieście, kwadrans tramwajem na Plac Zbawiciela w godzinach szczytu. Czyli – nim się obejrzysz, to jesteś. No chyba, że masz windy z lat 60-tych…


Tego bym się nie spodziewał. Wyglądam przez okno, a tam wieżowce, biurowce, parki, wszystko na wyciągnięcie ręki, o rzut beretem. Pozornie. Wychodzę z chałupy na jedenastym piętrze, przekręcam klucz w zamku, wciskam przycisk wzywający średniowieczny środek transportu. Podjeżdża. Metalowe drzwi, pordzewiała, wklęsła klamka. Naciskam i rozsuwam drewniane drzwiczki. Prawie jak w hollywoodzkim, kowbojskim saloonie z dawnych filmów z Eastwoodem. OK, wsiadam, jadę. Powtarzam przez telefon: „Będę za 10 minut!”. Bum, stoję w miejscu, drzwiczki się uchyliły. Mechanizm zacięty. Znowu.

Wtedy zadaję sobie pytanie – za co? Rozmawiałem z sąsiadami: sprzęcik ma 60 lat, ale ludzie starej daty nie chcą zamiany na nowe i nie zamierzają podpisać listy gwarantującej wymiany tego badziewia. Bo nowe to gorsze, wiadomo. Lepszy komunizm. Niby zadbany blok, niby wyremontowane mieszkanie, niby wszędzie blisko, ale raz na jakiś czas spada na ciebie gong. Blokujesz się na dwóch metrach kwadratowych, wciskasz przycisk „parter” lub obojętne, które piętro i nic się nie dzieje. Czasem, owszem, zareaguje, ale tylko na jazdę w górę. A wtedy… ech. Zanim wszystkie te zgarbione baby wgramolą się do wreszcie środka, upływają kolejne 3 minuty. Nie spodziewałem się, że winda potrafi tak niszczyć życie, kiedy drogę do knajp liczyłem w wyobraźni w sekundach (bo niejaką Chmielarnię odkryłem… blok obok ode mnie), a nie w kwadransach.

Żeby było weselej – mam sąsiada alkoholika. Stacha, bo tak go nazywam, gdyż ciągle się nie przedstawił. Prawdziwek. Ruszyłem ze współlokatorem i nim w kierunku upragnionego jedenastego – los chciał, że akurat stanęliśmy w miejscu. Między szóstym, a siódmym piętrem. Stachu, sącząc nerwowo małpkę o godzinie 14:00, wycedził: – Dobra, pora wypieprzać. Na Van Damme’a.

Wymieniliśmy z kumplem głupkowate spojrzenia, ale nim zniknął z nich grymas niezrozumienia, pojawiło się jeszcze większe zdziwienie. Stachu znał sposób. Bach, bach. Otwarte, przekręcony haczyk, osmolone ręce. Wylazł. I mówi: – Dawać!

Kolejne głupkowate spojrzenia, dreszczyk, że przecież… to w każdą stronę może pojechać. W górę lub w dół. Gilotyna i nara. Zero pewności, że jak nie działa, to nie zadziała i nie przepołowi mnie na pół, kiedy będę się stamtąd wynurzał. Dzięki Bogu nie ruszyła, kiedy Stachu pociągnął mnie za sobą brudną łapą. Wylazłem, ale zdegustowany. Po jaką cholerę mi adrenalina akurat w czymś takim?

Raz podchmielony zrobiłem figla znajomemu i zablokowałem nas między piętrami, ale dostałem taką zjebkę, że wreszcie wrócił mi rozum. Miał rację – żyj niby w królewskich warunkach, w okolicy Pałacu Kultury i zgiń zmiażdżony przez windę, włażąc na klatkę pomiędzy piętrami. Nie, dziękuję, pochodzę schodami. Szkoda tylko, że po jedenastopiętrowej wycieczka potrzebny mi inhalator. Przepraszam, mentalnie i kondycyjnie jestem Van Damme’em. Ale nie mam takiej odwagi. Winda to moja trauma, niestety.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑