Imprezowanie sprzed piętnastu lat w trzech szybkich punktach

Opublikowano Listopad 11, 2015 | przez ZP

Kto raz na jakiś czas nie lubi wyjść ze znajomymi potańczyć? To dosyć kulturalna forma rozrywki, dostępna praktycznie dla każdego. Ale nie zawsze tak było. Na początku XXI wieku nocne imprezowanie wiązało się jednak z czymś trochę innym, a rzeczywistość typowego klubowicza znacznie odbiegała od tej współczesnej. Przypomnijmy więc tamte czasy, w czym posłużymy się trzema głównymi kategoriami.

Selekcja

To był chyba największy absurd tamtego imprezowania. W imię nie wpuszczania do klubów dresiarzy selekcjoner – zazwyczaj jedyny dresiarz w okolicy – wnikliwie analizował obuwie potencjalnych gości. Mogliście więc mieć buty z najwyższej półki, drogie i stylowe, wskazujące na waszą klasę i dobry gust. Jeżeli jednak nie były to jebane miglance, mogliście w nich co najwyżej podejść pod drzwi. Natomiast w środku aż roiło się od facetów w czarnych wymuskanych butkach, do których zakładali schludnie wyprasowane spodnie – najczęściej dżinsowe lub sztruksowe – oraz koszulę w kratę, którą w te spodnie wpuszczali. Takie oto stylowe mieliśmy zabawy, gdzie panie (tylko pozazdrościć!), mogły garściami przebierać w tak odstawionych gentleman’ach.

Tamte czasy były też prawdziwym okresem chwały rzeczonych selekcjonerów, którzy – tak jak w reklamie Werther’s Original – mogli się czuć, jak ktoś zupełnie wyjątkowy. Nigdy wcześniej i nigdy później ci ogoleni na łyso panowie nie byli już tak ważni. Nigdy też nie byli do tego stopnia bezkarni, bo dziś każde burackie zachowanie byle dzieciak może nakręcić swoim smartfonem. A wtedy można było nie wpuścić każdego, w zależności od nastroju czy widzimisię. No i, nie zapominajmy, każdemu można było też dać po ryju.

Alkohol

Nie zapominajmy też o innej zasadniczej różnicy. Dziesięć-piętnaście lat temu nie tylko rzeczywistość wyglądała inaczej, ale wy sami też, co przede wszystkim miało związek z grubością waszych portfeli. Byliście piękni i młodzi, ale – przynajmniej w większości przypadków – mieliście też mniej kasy. Tym samym trzeba było oszczędzić na alkoholu, ale przecież nie w taki sposób, żeby w ogóle go nie pić. Należało więc rozbijać różnorakie flaszki przed wejściem na imprezę, najczęściej zimą i najczęściej w jakiejś obskurnej bramie. Tamto imprezowanie miało więc posmak wódy pitej z gwinta, popijanej krążącą z ręki do ręki colą. A po odpowiedniej rozgrzewce – pozwalającej odpowiednio się wyluzować, ale też trzymać fason, by móc wejść do samego lokalu – można było bawić się przez całą noc. Raz na jakiś czas, kiedy zaschło w gardle, trzeba było tylko kupić przy barze piwo – jedno na dwie-trzy osoby – i popijać małymi łyczkami, udając królów życia.

Szlugi

Dziś palacze czują się mocno pokrzywdzeni, bo – żeby wyskoczyć na ukochaną fajkę – w wielu miejscach muszą wyjść na zewnątrz i marznąć. A kiedyś nie mieli tego problemu. Imprezy w klubach przypominały tak zwaną siekierę, gdzie widać było może na dwa metry, a każdy imprezowicz biernie wypalał jakiś wagon fajek. To były takie czasy, że jeśli po zabawie człowiek był zmęczony i rzucał swoje parujące ciuchy koło łóżka, przez noc wdychał równowartość kolejnej ramki. Śmierdziało wszystko – włosy, buty, nawet bielizna. A bywało i tak, że koszulę trzeba było wyrzucić, bo jakiś podpity mistrz parkietu przypadkowo wypalił w niej uroczą dziurkę.

A pozytywy? Dla osób palących – oczywiste. Natomiast dla niepalących chyba tylko takie, że nie trzeba było specjalnie odurzać się alkoholem. Wystarczyło kilka drinków i – w połączeniu z tytoniową chmurą – bomba była murowana. Rzecz jasna pomijamy tu porannego kaca, który jest już zupełnie inną historią.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑