Ja, bałaganiarz. Ja, Mr.Porządnicki

Opublikowano Kwiecień 9, 2013 | przez ZP

kitchen

– Stary, dlaczego mnie oszukałeś, że jesteś w domu?

– Eeee? No przecież ciągle w nim siedzę.

– Ta, na pewno…

Godzinę przed tym, gdy doszło do tego dialogu kumpel spytał, czy może wpaść po gry komputerowe. Odpowiedziałem, że OK i żeby nie dzwonił domofonem, bo drzwi będą otwarte. Kolega wszedł do mieszkania, rozejrzał się po nim, nie znalazł mnie, więc poirytowany opuścił mój kwadrat. No a potem wykonał wspomniany na początku telefon.

Dominik nie miał racji. Ja naprawdę byłem w domu. Tyle tylko, że panował w nim taki bałagan, iż… mnie nie znalazł. Spałem na łóżku przykryty zawstydzająco dużą liczbą książek i ciuchów. A że nie chrapię, to ciężko było mnie pod nimi wyczaić.

Kompletny pierdolnik był u mnie za studenckich czasów czymś najzwyklejszym w świecie. Bałaganiłem tak, że mieszkanie wyglądało na socjalne.

Syf w zlewie był taki, że zapewne powstała tam nowa cywilizacja. Nie ma na świecie człowieka, który doszedłby do tego jaki kolor miały naczynia zanim je do niego wrzuciłem.

Pod łóżkiem miałem tyle puszek po piwie, że do dziś żałuję, iż ich nie sprzedałem – spokojnie starczyłoby mi na Harleya. No i ten zapach – skarpektowo pomieszane ze smrodem zgniłego żarcia. Generalnie gdyby wszedł do mnie ktoś obcy, jak nic pomyślałby, że to melina pijaczków najgorszego sortu.

Po studiach, w tak zwanym wieku dorosłym, raczej nie zmieniłem swoich nawyków mieszkaniowych. Ówczesna dziewczyna po zaledwie dwóch tygodniach mieszkania wydzwaniała do mamy i płakała, że „ona już nie zniesie tego syfu”. Złamałem ją szybciej nż Amerykanie więźniów z Al-Kaidy.

Moim numerem popisowym było lepiące się krzesło. Wylewałem na nie płyny wszelakie: piwo, wino, herbatę, kawę. W efekcie miało taką przyczepność, jakbym posmarował je super glue. Biedna Gosia usiadła na nim w swoich najlepszych spodniach. Kiedy wstała, wiedziałem już, że nic nie będzie takie samo. Jej piękne, kremowe spodnie załapały w jednej sekundzie wszystkie kolory tęczy.

Gdyby nie to, że mam doskonały refleks, prawdopodobnie zginąłbym po jej spontanicznym rzucie widelcem.

Po rozstaniu postanowiłem, że będę mieszkał sam. To w sumie był niezły pomysł: reszta świata nie musiała użerać się z moim bałaganiarstwem. O jego skali najlepiej świadczy taka historia: kiedyś, gdy wpadła do mnie mama, złapała się za policzki i zaczęła płakać.

– Synuś, jak można mieć taki pierdolnik – lamentowała.

Nie robiło to na mnie wrażenia. Dużo pracowałem, mało przebywałem w chałupie, seks historie z laskami starałem się rozgrywać na wyjeździe, więc burdel mi nie przeszkadzał. Jak to samotnemu kawalerowi.

Przełom nastąpił niedawno, kiedy dochodziłem trzydziestki. Nagle nieprzyjemny zapaszek spod zlewu, ze śmietnika, zaczął irytować. Kilka okruszków chleba na stole, czyli w moim przypadku jakieś pół bochenka, nie pozwalało mi się skupić na niczym innym. Podobnie jak stos nieumytych naczyń, wielkości Giewontu.

To było dziwne uczucie: coś, co nie przeszkadzało mi całe życie raptem stało się wkurwiające. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Ale wiem, że nagle stałem się czyściochem. Oczywiście czyściochem w mojej skali – kiedy dziewczyna wchodzi do mojego mieszkania, cały czas mówi, że jest średnio. No ale przynajmniej nie mdleje, a uwierzcie w przeszłości bywało i tak.

Zastanawiam się, czy moja zmiana myślenia związana jest z wiekiem? Czy przyszło to ot tak, po prostu? Wierzę, że chodzi o opcję numer 2. Pierwsza byłaby o tyle niepokojąca, że aż strach pomyśleć, co będzie się działo, gdy osiągnę czterdziestkę, pięćdziesiątkę itd. itp. Zacznę układać ubrania w szafie kolorami? Prasować skarpetki? Wyłysieje, a potem przeszczepie sobie włosy z dupy, żeby nadal podobać się laskom?

Brrr, koniec z tym negatywnym myśleniem. Idę umyć kufel po piwie, które wypiłem pisząc ten tekst.

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑