Jacek Hugo-Bader. Długi film o miłości i krótka historia o utracie szacunku

Opublikowano Lipiec 3, 2014 | przez Jaskier

obraz 097

Po raz kolejny przekonałem się, jak różne funkcje może pełnić książka. Nie dalej jak trzy tygodnie temu nabyłem drogą kupna reportaż Jacka Hugo-Badera o poszukiwawczej wyprawie na Broad Peak. Czerwiec miałem jednak tak szalony, że spokojnie można by przyznać mu żółte papiery. Czytanie było ostatnią rzeczą, na którą miałem czas. Postanowiłem więc potrenować samodyscyplinę. Baderem.

Książkę położyłem w jak najbardziej widocznym miejscu i przyrzekłem sobie, że otworzę ją, gdy ogarnę cały ten burdel. Jej widok wkurwiał mnie niemiłosiernie, ale też motywował do pracy. Choć było ciężko – o czym za chwilę – wytrzymałem.

Na początek jednak krótka legenda do tekstu, która może być pomocna przy jego interpretacji:
1) Nie lubię Jacka Hugo-Badera. To znaczy, nie znam go osobiście, miałem z nim styczność – przez krótką chwilę – raz w życiu, ale nie lubię jego książkowej kreacji samego siebie. Przemądrzały, szelmowsko pewny siebie, zarozumiały. Gdybym nie znał granic dobrego smaku, napisałbym, że dupek. No ale nie wypada. Nie lubię i tyle.

2) Pomimo powyższego, uwielbiam książki JHB. To facet, który nawet ze śladów moczu pozostawionych na śniegu, próbuje odczytać, jakim kto jest człowiekiem. Świetny reporter.

3) Nie znam się zbytnio na wspinaczce. Jednak gdy sprawą Broad Peak żyła cała Polska, to i ja dałem się wciągnąć. Niejedną nockę zawaliłem po to, aby zrozumieć. Próbowałem. Dlatego tak oczekiwałem tej książki.

Rozpoczęcie lektury zaplanowałem na ostatnią sobotę. W międzyczasie była burza.

Jacek Berbeka – facet, który wbrew całemu światu postanowił odnaleźć znajdujące się na wysokości prawie 8000 metrów nad poziomem morza ciało brata, zarzucił Baderowi złamanie wszelkich standardów etycznych, manipulację i bajkopisarstwo. Szczerze mówiąc, gdy przeczytałem listę jego skarg i zażaleń, chciałem olać wszystkie obowiązki, egzaminy i zacząć czytać. Świetna reklama. Znając styl Badera, od razu wiedziałem, że gdzieś miał wszystkie konwenanse i zrobił to po swojemu. A że komuś się to nie spodobało…

Każdy kto – choćby z relacji innych himalaistów – ma obraz tego, jakim człowiekiem jest Jacek Berbeka, potrafi sobie natychmiast wytłumaczyć ten zgrzyt. Facet jest dyktatorem. Wziął Badera na wyprawę – umówmy się: potrzebował pieniędzy jego wydawnictwa – jednak ich współpraca nie przebiegała wzorowo. W zasadzie była beznadziejna, ale to raczej oczywiste przy dwóch tak silnych osobowościach. To wręcz nagminne, że bohaterowie tekstów chcą je pisać za reporterów. Himalaista miał swoje oczekiwania – powiedzmy sobie szczerze: oczekiwał laurki – a reporter swoje (oczywiście zupełnie inne). A więc wojna.

To, że Bader tą książką nie zrobił dobrze Berbece i całemu wspinającemu się środowisku, świadczy o nim raczej pozytywnie.

Pozostaje jeszcze sprawa koloryzowania. Poznałem w swoim życiu kilku dziennikarzy, jeszcze więcej kandydatów na nich. Byli wśród nich prawdziwi mistrzostwie pióra, kilku korespondentów wojennych, a także zwykli pismacy. Większość – i to zdecydowana – lubiła podkręcić to i owo. Uczą nawet tego na studiach. Najczęściej robi się to po to, by tekst się lepiej sprzedał, rzadziej by pokazać coś ważnego, co ciężko wyrazić za pomocą faktów. Ot, taka branża. Nie porwę się na procenty, ale pewnie większość tekstów, jakie czytacie jest podkręcona, jak liczniki nigeryjskich piłkarzy. Reportaż literacki to w ogóle dość szczególna forma. Daje autorowi dużą swobodę interpretacji. Albo pogodzisz się z prawami, którymi się rządzi, albo nie zabieraj się za jego czytanie. Suchych faktów szukaj gdzie indziej.

Ciężko mi więc strzelać do Badera z tego powodu. Pokolorował tę historię po swojemu, takie prawo twórcy.

O ile uporanie się z zarzutami Berbeki nie sprawiało mi trudu, o tyle działa jakie wysunął później Tygodnik Powszechny to zupełnie inny kaliber. PLAGIAT. Obrzydliwe słowo-wyrok. Potrafię jeszcze zrozumieć, że taka Pakosińska – czy inna celebrytka – dopuszcza się tego rodzaju świństwa, ale Jacek Hugo-Bader?! Jeden z najlepszych – jeśli nie najlepszy – reporter w tym kraju. Użył w swojej książce fragmentów tekstów autorstwa Bartka Dobrocha i Przemysława Wilczyńskiego. Aż nie chce się wierzyć. Mój dziennikarski autorytet okazał się złodziejem. Owszem już wcześniej miałem go za cwaniaka, ale do tej pory był to dla mnie raczej pracowity i nie chadzający na skróty skurkowaniec, a nie żaden hochsztapler.

W dodatku od jego tłumaczeń wieje taką żenadą, że nie ma sensu się nad nimi nawet pochylać. Potok słowo, pośród których to najważniejsze, czyli „przepraszam” jest skrzętnie ukryte i pada jakby od niechcenia. Napastnik próbował z siebie zrobić ofiarę. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że sprawa jednak trafi do sądu.

Koniec końców zasiadłem do lektury. Nagroda za cierpliwość i ciężką pracę smakowała beznadziejnie.

Oddzielę jednak od siebie dwie sprawy. Sama książka jest FE-NO-ME-NAL-NA. Na mój gust najlepsza, spośród tych spłodzonych przez Badera. To jedna z tych pozycji, których nie przeczytasz jednym tchem, ponieważ nie chcesz, by zbyt szybko się skończyła. Chcesz ją kroić na kawałki i delektować się każdym kęsem. Czytając momentami czujesz się jakbyś ty sam znajdował się na wysokości 8000 metrów nad poziomem morza. W twoim mózgu zachodzą procesy, których nie rozumiesz, a mimo to idziesz dalej. Dodatkowo JHB świetnie rozegrał kwestię, którą żyła cała Polska, a więc zostawienie Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego w górach na pewną śmierć przez ich partnerów. Autor nie dał nam gotowej odpowiedzi, przedstawił jedynie wielowymiarowość tej sytuacji i pozwolił czytelnikowi, by ten sam zdecydował.

Mógłbym długo rozpływać się w zachwytach i budować pomnik wielkiego Badera. Nie mam jednak zamiaru.

Czytając „Długi film o miłości” cały czas miałem z tyłu głowy jedną myśl: kurwa, przecież to plagiat. Bolało jak drzazga w fiucie, ale nie mogłem się od tego uwolnić. Nie pojmuję, jak można zepsuć tak się świetną rzecz, tak głupim zachowaniem. Połasić się na kilka akapitów cudzego tekstu z nadzieją, że nikt tego nie zauważy. Poświęciłem kilka godzin i porównałem sobie dzieła obu twórców. Szczerze? Są momenty, które Bader kopiuje żywcem, zmieniając co najwyżej jedno słowo. Nawet nie silił się na przypudrowanie kradzieży. Stworzenie choćby pozorów samodzielnej pracy. Zupełnie nie rozumiem tych, którzy krzyczą: JHB skopiował tylko kilka mało ważnych fragmentów, a książka ma przecież 330 stron! Mogłaby mieć i tysiąc, a dla mnie nie byłoby to żadne wytłumaczenie. Jeśli posiłkował się cudzym tekstem, powinien podać źródło. Koniec kropka.

Recenzję mają to do siebie, że trzeba wydać werdykt. Warto czy nie warto? „Chuj, dupa i kamieni kupa” czy tzw. „must-have”? To pewnie najbardziej pogmatwana cenzurka, jaką w życiu wystawiłem, zająłem się bardziej bokami niż właściwą treścią, tak więc ciężko o jednoznaczną ocenę.

Napiszę więc tak: jeśli ktoś potrafi przymknąć oko na plagiat, polecam. Jeśli jest w tych kwestiach konserwatywny, odradzam. Dla mnie Bader właśnie się skończył.

 

foto: www.magiaksiazki.blogspot.com

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑