Jackiewicz, czyli zawodowy boks w atmosferze awantury w remizie

Opublikowano Kwiecień 19, 2015 | przez lucky bastard

19229_10153224513619231_6173440219159029822_n

Nie wierzcie, kiedy mówią wam, że boks to tylko dwóch półnagich facetów w rękawicach, w kwadracie otoczonym linami. Osiem rund, dziesięć, czasem dwanaście. Nie byłoby emocji i tego całego ringowego okładania po głowie, gdyby nie marketing, telewizje, pieniądze i cała niezbędna temu otoczka. Jak świat długi i szeroki – tak było i będzie, i nic tego nie zmieni. Pytanie jest inne: czy są jakieś granice? Po obejrzeniu ważenia sobotnich rywali – Rafała Jackiewicza i Kamila Szeremety, widziałem w ringu nie wojowników, ale dwóch chłopców w krótkich majtkach, którym świetnie wychodzi… głównie głupie gadanie. Ten bardziej wyszczekany w dodatku na koniec dostał po głowie.

Nie każdy może być eleganckim i powściągliwym Władimirem Kliczko, to jasne. Z całą pewnością nie balansujący przez pół życia na krawędzi Jackiewicz. Trudno wymagać dworskich manier od faceta opowiadającego w wywiadach o tym, jak rozbijano mu szklane butelki na głowie, jak przystawiano pistolet do kolana albo wywożono do lasu. Ma swoją burzliwą historię, która go – jak twierdzi – ukształtowała przez lata. W porządku, jednak atmosfera wokół jego wczorajszej walki była w ostatnim czasie wybitnie męcząca i stęchła.

Gdyby jeszcze w ringu przełożyło się to na prawdziwą wojnę, emocje, jakoś dałoby się to przeżyć, ale panowie gadali, napinali się, a na koniec wyszła kupa.

W ciągu kilku miesięcy mogliśmy się dowiedzieć, jak jeden nienawidzi drugiego, że ten pierwszy to – wybaczcie kolejne epitety – półgłówek, a tamten „ogórek”. Jackiewicz, 38-letni, doświadczony bokser z 58 walkami na koncie, musiał nieskończoną liczbę razy uświadomić tego drugiego, że niczego nie osiągnął, że drażni go, zleje na kwaśne jabłko i jeszcze dziesiątki innych historii, których nie warto powielać, bo granica dobrego smaku w ich przypadku została dawno minięta.

Za Oceanem mówią o tym „trash talking”. Śmieciowe gadanie ma długie tradycje. Andrzej Kostyra przypomniał niedawno świetną historię, jak w 2001 roku Bernard Hopkins przed walką z Felixem Trinidadem tak bardzo prowokował otoczenie rywala, że organizatorzy musieli go ewakuować helikopterem z konferencji prasowej.

Na naszym, polskim podwórku kogo interesowało oficjalne ważenie przed walką, ten w piątek obejrzał jak jeden pięściarz wręcza drugiemu… plastikowy nocnik, z oczywistą aluzją. Dwóch dorosłych facetów, w krótkich portkach, na scenie, pośród kamer przekrzykiwało się nie na żarty, co który z tym nocnikiem ma zrobić. Kto się rozpłacze i kto gdzie nasika. No, cała paleta atrakcji.

Atmosfera konfliktu, czasem nienawiści  pomiędzy jednym i drugim bokserem nieraz świetnie „sprzedaje” walkę. Sprawia, że zaczynają krążyć wokół niej duże pieniądze. Podgrzewa show Zachęca ludzi do przekonania się, co będzie się działo w tym ringu. Jednak Jackiewiczowi granice dobrego smaku przesunęły się bardzo wyraźnie.

Ktoś powie – tak to w boksie wygląda. Cóż, czasem wygląda, a czasem jednak szanowani pięściarze nie potrzebują pół roku medialnej szamotaniny, by ktoś się zainteresował ich walką.

Tu zapachniało awanturą w remizie, a nie poważną galą bokserską.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑