Jadłodzielnie, czyli idziemy w dobrym kierunku

Opublikowano Maj 9, 2016 | przez Sofronow

sharefood

Pierwsza scena to standardowy widok mojego mieszkania. Chleb sprzed kilku dni, na którym można połamać sobie zęby, stare pomidory, które sprawiają wrażenie, jakby chciały porozmawiać i jakieś napoczęte słoiki, których zawartości nikt nigdy nie zje. Niech rzuci cebulą ten, kto nigdy nie kupił więcej żarcia niż jest w stanie zjeść i nie patrzył, jak to wszystko rozkosznie się marnuje. W moim przypadku to norma, a skoro w moim – to i w waszym pewnie też.

Drugi obrazek: styrany gość po czterdziestce wyjadający jakieś resztki ze śmietnika. Lub inny, proszący o dwa złote na zupę. Albo taki, który w ogóle nie poprosi, bo mu godność nie pozwala. Albo zwyczajnie nie chce być wzięty za naciągacza, co, niestety, jest normą. Wiecie, o co chodzi – ludzi, którzy nie jedli nic od dwóch dni i nie bardzo wiedzą jak zmienić ten stan rzeczy serio nie brakuje. Tylko że ich nie widzimy – siedzą pochowani gdzieś w swoich norach.

I ktoś wpadł na zajebisty pomysł, żeby te dwie scenki ze sobą połączyć i zakończyć je happy endem. Jadłodzielnia. Od teraz będą tworzyć się miejsca, w których będziesz mógł:

a) ulokować nadwyżkę jedzenia,

b) zupełnie za friko skorzystać z nadwyżki innych.

Kozacka inicjatywa? Jasne, że tak. Po pierwsze: jadłodzielnie to sposób, żeby wreszcie odpędzić się od wyrzutów sumienia pod tytułem „marnowanie prowiantu”. Niby taka mała rzecz, a czasem potrafi człowiekowi spaprać humor. Po drugie: to świetna szansa, żeby pomóc drugiemu człowiekowi. Zostawiasz nadmiar jedzenia, a potem każdy będzie mógł sobie to zabrać. Tak po prostu. Wchodzisz, bierzesz, wychodzisz. Bez żadnego podpisywania, bez rejestrowania się, bez żadnych procedur. Sztos.

Docelowo lodówki mają znaleźć się w miejscach, gdzie przewija się sporo ludzi – jak dworce, urzędy czy akademiki. Sprawa dopiero raczkuje, ale możemy się spodziewać, że znajdą się ludzie, którzy będą chcieli wspomóc projekt własną kasą i ludzie, którzy ogarną to od strony technicznej. Na przykład potrzebni są wolontariusze, którzy choćby sprawdzą, czy wkładając michę do publicznej lodówki nie wciskasz komuś jakiejś lipy w stylu sera z piątą warstwą pleśni. Z całego serca im kibicujemy i obserwujemy rozwój wydarzeń. Nasze zrobione na dwa dziesięć dni do przodu kotlety czekają, by trafić w bardziej powołane ręce.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że jadłodzielnie nie staną się centrum spotkań elity polskiego cebulactwa. Chytra baba z Radomia już pewnie wyczekuje na swoje żniwa.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑