Jak na studiach prawie zostałem męską dziwką. Wszystko w ramach zajęć

Opublikowano Styczeń 18, 2014 | przez Jaskier

 meskadziwka

Na dziennikarstwie – prócz tego, że poznajemy tytuły wszystkich gazet wydawanych w chińskiej prowincji Syczuan – czasami trzeba pisać. Rzadko bo rzadko, ale zdarza się.

Ja musiałem pochylić się nad zjawiskiem sponsoringu – wychodził wtedy film o tym tytule i wykładowca uznał to za nośny temat. Zrobiłem więc to, co prawdziwi dziennikarze nazywają researchem, czyli odpaliłem Google’a i zgłębiłem temat. Poczytałem wspominki dziewczyn, które nigdy nie chcą ujawniać swojego imienia. Mądrości socjologów, mówiących o palącym problemie społecznym i podpierających się danymi empirycznymi. Powstał z tego ładny, okrąglutki artykuł, który…wywaliłem do kosza.

Bo czy można napisać tekst o dawaniu dupy, nie podnosząc jej z krzesła? Oczywiście, że można. Wielu dziennikarzy tak robi. Koleś, któremu przez życie matka pisała zwolnienie z WF-u, wymądrza się w telewizji śniadaniowej na temat kondycji fizycznej Polaków, a laska, która Egipt zna jedynie od strony Szarm el-Szejk, pisze analityczny tekst dla dużego tygodnika opinii o nastrojach społecznych w tym kraju w kontekście rewolucji. Pisze to, co wyczytała w amerykańskiej części internetu.

Ja byłem wtedy jednak w innej fazie. Myślałem jak Adaś Miauczyński, że przyjęli mnie „szkoły poetów”. Zaczytany w Kapuścińskim i Jagielskim wszystkiego chciałem dotknąć, ugryźć i opowiedzieć każdemu dookoła co wtedy czułem. Tak też zrobiłem ze sponsoringiem. Wystarczy kilka kliknięć. W wyszukiwarce internetowej znalazłem stronę zajmującą się pośrednictwem w nawiązywaniu takich kontaktów. Szukamsponsora.pl, tak to się chyba nazywało.

Dodanie anonsu zajmuje tylko kilka chwil. Podajesz adres e-mail, miasto, jakieś dane i już, jesteś wśród tysięcy kociaków, princess, marzycieli i pakerów, bo głównie pod takimi nickami ukrywają się tam ludzie.

Rozejrzałem się, konkurencja była mocna.

Później podajesz listę upodobań. Tu pojawił się problem, bo prócz znanego i lubianego seksu oralnego, pojawiały się tam nazwy, z którymi nawet wielbiciele taniego kina bawarskiego mogliby mieć problemy. Co prawda nie wiedziałem, co to jest fisting, ale zaznaczyłem jak leci.

Dodaj zdjęcie.

Gdy już chciałem lecieć do łazienki, pojawił się dopisek „narządy płciowe nie są mile widziane”. Uff. Postawiłem więc na klasykę – zdjęcie sprzed 10 kilo, bez koszulki z wakacji w Mielnie i takie pod krawatem z szelmowskim uśmiechem z facebookowego profilu. Jeszcze preferencje seksualne. Chcąc zwiększyć swoje szanse, zaznaczyłem „obojętnie”.

Na koniec wcielasz się jeszcze w rolę akwizytora i musisz się dobrze sprzedać się swoim potencjalnym pracodawcom. Masz na to 5000 znaków. Wszystkie wyczytane przeze mnie opisy wydawały się banalne. „Języczkiem Cię połaskoczę, a potem nago na Ciebie wskoczę”. Niby dobre, ale podobnych wierszyków były tam tysiące.

Postanowiłem napisać coś, co odróżni mnie od tej hałastry rodem z agencji: „Student. Matma, więc pomocne będą wzory. Temperament ogromny, wprost proporcjonalny do wielkości sprzętu. Brak ograniczeń + nieposkromiona wyobraźnia + młode ciało = dobra zabawa. Dam korepetycje młodszym, starszym przypomnę materiał. Cena zależna od twojej satysfakcji. Twój wiek, płeć, stan cywilny, posiadanie dzieci – bez znaczenia.”

Enter.

Haczyk z przynętą, który dziś wspominam raczej z zażenowaniem, został zarzucony. Pozostało mi czekać, czy ktoś się na niego złapie. Wczuwałem się w rolę. Co by na to powiedzieli moi rodzice? Tata zawsze mówił, że facet powinien zarabiać. Pewnie nie chodziło mu o „mój” sposób, ale świat się zmienia. A ja idę z jego duchem. Albo wracam do korzeni stając się córą Koryntu XXI wieku.

Idąc dalej, do czego mógłbym się posunąć?

Wyrosłem już z tego, że jarają mnie starsze kobiety. Kiedyś były to głównie nauczycielki, ale dziś raczej nie miewam już fantazji z panią belfer w roli głównej. Pierwszą moją myślą było to, że odezwie się babka w średnim wieku. Samotna albo znudzona swoim dotychczasowym życiem. Pewnie będzie brzydka, bo atrakcyjne czterdziechy nie mają raczej problemów z zaspokojeniem.

Gorzej i tak będzie z facetami. W ogłoszeniu się nie ograniczyłem, a na samą myśl czuję się jak typowy piknik na Żylecie. Kompletnie nie moja bajka. Nie żebym był jakimś homofobem. Tajemnicę Brokeback Mountain – w przeciwieństwie do moich kolegów, którzy rzucają kurwami na samo wspomnienie o tym filmie – uważam za kawałek dobrego kina, na którym się nie krzywiłem. Na jakimś referendum dotyczącym związku partnerskich pewnie wstrzymałbym się od głosu. Jednak myśl spotkania z podstarzałym biznesmenem, który w moim wyobrażeniu był typowym sponsorem, wywoływała u mnie niesmak i lekkie mrowienie w okolicach odbytu, mówiące: nie idź tą drogą. W oczekiwaniu na kontakt takie właśnie myśli były najgorsze.

Wbrew moim obawom, zdjęcie z Mielna zrobiło swoje. Ogłoszenie dodane koło 17, a po 22 pierwszy kontakt. W międzyczasie dowiedziałem się, że mój potencjalny sponsor był zobligowany najpierw zainwestować dyszkę, aby uzyskać moje dane. Tym bardziej musiałem się spodobać.

– Lubię matmę – odzywa się charakterystyczny dźwięk Gadu-Gadu (kto dziś z tego jeszcze korzysta?).

– To tak jak ja – odpowiadam.

Pisze jej (uff…) o sobie. Wszystko zgodnie ze stanem faktycznym. Studiuję, mam zajebistą dziewczynę, lubię książki i whisky z colą (podobno w piekle czeka na mnie osobny kocioł z tego powodu).

Ona też się spowiada. Kultura. Nie trafiłem od razu na zwyrolkę. Alicja. Po czterdziestce. Z Katowic. Dobrze zarabia. Na moje pytanie o rodzinę, wykręca się odpowiedzią, że to nie moja sprawa. Gadka-szmatka. Ona pyta o moje doświadczenie w tym biznesie. Zakładałem, że zagram doświadczonego, ale nie znam realiów. Nie wiem po ile chodzą usługi, więc moje dziewictwo w tym temacie wychodzi. Czułem jednak, że zbliżamy się do konkretów.

– Może wyślesz mi więcej fotek! Ale wiesz, takich, na których poznam cię bliżej.

Chwila milczenia z mojej strony.

– W zamian oczywiście wyślę ci kod z doładowaniem.

Doładowanie. Słowo-klucz w tym biznesie. Pierwszy dowód zaufania, jaki możesz okazać drugiej stronie. Pokazujesz, że masz jakiś tam hajs, który chcesz zainwestować w drugą osobę. Jasny sygnał – trzymaj się mnie, przy mnie zginiesz. Taki handicap na początek. Nowoczesna waluta, za którą kupisz coś więcej niż towar.

Czułem, że jestem w miejscu, w którym chciałem być. Poznawałem mechanizmy rządzące tym światem. Znajdowałem się na linii frontu. Na początku asekuracyjne – zdjąłem koszulkę i wysłałem fotkę.

 – Nie o to mi chodziło! – usłyszałem w odpowiedzi. Poszedłem na całość. Nawet nie pomyślałem o konsekwencjach typu: ja w stroju Adama w sieci. Wysłałem zdjęcie.

Odpowiedź usłyszałem pochlebną, co dobrze podziałało na moje ego, ale doładowania nie było. To znaczy kod był, ale nieaktywny.Padła za to kolejna propozycja.

– Dzieli nas kawał drogi, spróbujmy czegoś przez kamerkę.

 – A co z moim doładowaniem? – pytałem naiwnie.

 – Przecież wysłałam. Nie działa? Naprawimy to później. Teraz jestem mokra – odpisała szybciej niż zwykle.

Padają wulgarne propozycje. Jednak zwyrolka. Gdyby nie to, że czułem się jakbym był w pracy, pewnie bym skorzystał. Wiedziałem jednak, że tu już niczego się nie dowiem. Trafiłem na jakąś wyposzczoną naciągaczkę, więc czas kończyć rozmowę. Nietrudno się domyślić, co byłoby dalej – zboczona rozmowa, robienie sobie dobrze i nagłe wylogowanie. Wysiadłem z tego pociągu.

Czekałem na księżniczkę i szybko poszło. Na imię było jej… Michał. Zadzwonił do mnie. Głos miał jak psychopata, który gdzieś we własnej piwnicy przypina do korkowej tablicy zdjęcia swoich ofiar. Mówił jednak rzeczowo i spokojnie. Jakby kupował nowy samochód, albo chciał zapytać się czy książka, którą wystawiłem na Allegro jest na pewno w twardej oprawie.

– Ja w sprawie ogłoszenia. Dalej aktualne?

– Od razu dodam, że interesuje mnie dłuższa znajomość. Szukam kogoś, z kim będę mógł porozmawiać. Chcę ci pomagać – słowa wylewają się z jego ust, jakby czytał z kartki.

– Super – tylko tyle potrafiłem z siebie wydusić.

Z jednej strony trafiłem w dziesiątkę. Widać, że facet zna temat i tą wiedzą się ze mną podzieli. No właśnie, facet. Coś, czego się najbardziej obawiałem. Czytane właśnie przeze mnie „Mury Hebronu” nie pomagały. „Będę cwelem” – zdążyłem tylko pomyśleć. Przerwał mi głos Michała, który zaczął nawijać o sobie.

– 33 lata. Bez nałogów. No, może czasem w nocy lecę na stację po fajki. Palę jednego, a resztę wyrzucam do kosza, albo oddaję żulom. Taka moja słabostka. Piszę teraz książkę…

 – Jesteś pisarzem?! – przerywałem mu w połowie zdania, licząc chyba, że będzie z tego sensacja.

– Nie. Naukowcem. Piszę teraz o najazdach tatarskich. Rozczarowany? 

– Spoko. Bez różnicy. Jak to sobie wyobrażasz?

– Na razie będę do ciebie dzwonił. Chce cię lepiej poznać i pogadać. Wiesz, na co dzień nie mam komu opowiadać o sobie. Wysyłałem ci właśnie doładowanie za 50 złotych. Po numerze widać, że masz w Plusie. Będziesz mógł do mnie dzwonić o każdej porze dnia i nocy. Najpierw chcę się jednak upewnić – naprawdę jesteś taki wysoki jak na zdjęciu? – wypala.

– Tak, prawie dwa metry .

– To super! Mój pierwszy facet też taki był. Tylko trochę bardziej napakowany. Może kupię ci karnet na siłkę. Co ty na to? – wspomina bez żadnego skrępowania.

– Pomyślimy – odpowiedziałem, chyba z braku pomysłu.

Na tym zakończyliśmy naszą pierwszą rozmowę. Zaznaczył jeszcze tylko, że byłoby mu miło, gdybym usunął ogłoszenie. Chciał mnie mieć na wyłączność. Napisałem więc szybko do administratora i mój post zniknął. Zrobiłem sobie małe podsumowanie. Najpierw sprawdziłem w necie te najazdy tatarskie i żadnego Michała obok podobnych publikacji nie było. Pewnie kłamał, nieważne.

Doładowanie doszło, więc już oficjalnie mogłem powiedzieć, że po raz pierwszy się sprzedałem. Pamiętam, że kiedy mówił o pierwszym facecie, doceniłem jego szczerość. Zdziwiłem się wtedy, że nie dopytywał się o mnie. Kim jestem, skąd jestem, co robię. Jakby miał to gdzieś. Wystarczało mu, że byłem wysoki.

Michał dzwonił do mnie codziennie. Zawsze o tej samej porze. Głównie mówił, rzadziej zadawał pytania. Zdawał relację z dnia. Dowiedziałem się, że mieszka sam w dwupokojowym mieszkaniu. Uwielbia filmy wojenne. Nie pogardzi też Ligą Mistrzów. Na wakacje jeździ na Mazury. 

Z poważniejszych rzeczy przyznał, że nigdy nie manifestował swojego homoseksualizmu i że w ogóle jest typem samotnika, który raczej trzyma innych na dystans. Minęły trzy dni i nawet nie wspomniał o seksie. Ja za to powiedziałem mu, że nigdy nie byłem z facetem, że mam dziewczynę i poważne problemy z kasą, bo choć rodzice pomagają jak mogą, czasami nie starcza nawet na parówki z Lidla. Oczywiście kłamałem z tym drugim, nie narzekałem wtedy na problemy finansowe.

Musiałem to zrobić, by poznać stawki. Zadziałało.

– Na razie dam radę przelewać ci 500 złotych miesięcznie – zaproponował od razu.

– Za rozmowy?! – prawie krzyknąłem.

– Mówiłem ci przecież, że chcę pomagać. Wydajesz się szlachetną osobą. A w telefonie zapisz mnie jako kuzyn Michał, nikt się nie domyśli – mówi.

Tak też było. Zawsze jak dzwonił, czułem się jakbym rozmawiał ze starym kumplem. O sporcie, polityce, studiach i… kobietach. Tak, bo Michał był cynikiem. Pokazywał się w miejscach publicznych z przypadkowymi laskami, by mieć zajebiste alibi. Pewnie dymał je, myśląc w tym czasie o jednym ze swoich studentów (jeśli tacy istnieją) lub o gościu, którego spotkał w windzie. Sam mówił o tym bez skrępowania. To, co dla mnie było kumpelską relacją, on nazywał związkiem. Dorzucał jeszcze coś o moim szlachectwie, wrażliwości i dobroci. Moich największych skarbach.

 – Poznałem kiedyś takiego chłopaka jak ty – zaczyna Michał.

– Przyjechał do Wawy na zaproszenie jakiejś agencji modelingowej. Piękny był jak grecki bożek. Ci z branży wiedzieli, co z nim zrobić. Raz, drugi, piąty, i to miasto cię wypluwa, a z prowincji przyjeżdżają następni na twoje miejsce. Dziś z tej przygody zostało mu tylko AIDS. Dlaczego ci o tym mówię? Musisz wiedzieć, że to jak z prochami. Myślisz, że to ty jesteś panem sytuacji, a tak naprawdę to bilet w jedną stronę. Po dwóch latach tracisz błysk w oku, a wraz z nim klientów. Dlatego zwiąż się ze mną. Ja jestem inny, a ty naprawdę wyjątkowy – proponuje pełen patosu, jak deklamował wiersz na szkolnym konkursie.

Urzekła mnie jego historia. Nawet jeśli brandzlował się do mojego zdjęcia, to przy mnie zawsze był miły i kulturalny. Trochę mnie to denerwowało, bo chciałem przecież zostać królem szkolnej gazetki. A tu zero spermy i jęczenia do słuchawki.

Co do kasy powiedziałem mu, żebyśmy poczekali do końca miesiąca. Nie chciałem go naciągać. Wiedziałem, że zbliża się czas oddania artykułu. Pewnego wieczora zrobiliśmy na melinie (tak naprawdę było to mieszkanie jak z seriali TVN, tylko tak je pieszczotliwie nazywaliśmy) karaoke. Pomiędzy czwartym piwem i „Dumką na dwa serca” zadzwonił Michał. Pomyślałem, że czas wyłożyć karty na stół. Chcąc go sprowokować opowiadałem jakieś świństwa. Wypity alkohol i mętlik w głowie tylko mi w tym pomagały. Słysząc śmiech mojej współlokatorki wyczuł jednak to, że robimy sobie z niego jaja. Postawił mnie do pionu (bez skojarzeń), mówiąc, że on nie z tych i koniec z nami.

Powiecie, że zjebałem i będziecie mieli trochę racji. Tylko trochę, bo po pierwsze już mnie męczyła ta sytuacja. Po drugie, deadline był już u progu. Zagrałem na chaos i sędzia zakończył mecz. Trudno. Jeśli stwierdzicie, że jestem hipokrytą, bo chcąc doszukać się u sponsorów przedmiotowego traktowania ludzi, to samo zrobiłem z Michałem, też zrozumiem.

W tekście, który oddałem wykładowcy, było napisane to, co przed chwilą przeczytaliście. Dobre? Słabe? Nie wiem. Znajomym nie wierzę, bo oni poklepywaliby mnie po ramieniu nawet jakbym pisał jakieś trzyzdaniowe gówno dla Pudelka. Wy pewnie powiecie pewnie mi prawdę w komentarzach.

 Czy tekst spodobał się wykładowcy? Też nie wiem. Facet wrzucił go do torby i pewnie nawet nie zerknął. W USOS-ie pojawiła się czwórka. Po tekście chyba jedyny raz w czasie studiów poczułem się jak dziennikarz. Lubiłem sobie nawet wmawiać, że jestem korespondentem wojennym z frontu wojny geje vs. reszta świata.

Gdy opowiadam o tym znajomym przy piwie, zawsze pytają jak to jest być z mężczyzną. Odpowiadam, że abstrahując od seksu, o którym w takiej konfiguracji pojęcia nie mam i nie chcę mieć, jest tak samo jak z dziewczyną, tylko można pogadać z Manchesterze United.

Co z Michałem? Dostałem od niego raz sms-a. Pytał, czy nie mam chętnych kolegów. Wystarczyło, by byli wysocy.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑