Jak (nie) umarłem z wysiłku podczas 35. Maratonu Warszawskiego

Opublikowano Październik 1, 2013 | przez Dżordż

maraton

Na 35. kilometrze debiutanckiego maratonu prowadzisz ze swoimi nogami ciekawą konwersację wewnętrzną.

– Daj nam spokój. Skończ z tym bieganiem, spierdalaj!

– Nie słucham.

– Spierdalaj!

Przed spełnieniem owego żądania powstrzymało mnie jedno: wstyd. Kilometr dalej na trasie czekały siostry ze swoimi facetami. Myśl, że zamiast przebiec obok nich przeczłapię, była nie do zniesienia. Była gorsza niż ból. Dlatego nie stanąłem.

– Dajesz bracie, musisz ukończyć ten wyścig!

Jedno krótkie zdanie plus 100 metrów wspólnego biegu. Ci, którzy zaliczyli już maraton, wiedzą jak olbrzymi to zastrzyk energii. Ci, którzy dopiero chcą wystartować, niech wbiją sobie do głowy jedno: musicie ustawić po 30stym kilometrze kilka bliskich osób. Ich obecność NAPRAWDĘ pomaga.

Zanim postanowiłem się zmierzyć z 42 kilometrami z okładem, przebiegłem trzy półmaratony. Rekord? 1:33:14. Jak na amatora – niezły wynik. Pozwalający myśleć o maratońskim debiucie na poziomie 3:30. Taki był mój cel do 24 września, kiedy to po prostu… padłem na ryj.

Przez ostatni rok nie byłem przeziębiony i pstryk, proszę bardzo, kilka dni przed najważniejszym startem sezonu musiało mnie rozłożyć. A przecież dbałem o zdrowie bardziej niż Donald Trump o stan swojego portfela. Ubierałem się na cebulkę, unikałem deszczu i wiatru, łykałem profilaktycznie Rutinoscorbin, nie wlewałem też w siebie zimnych napojów. Wszystko na nic, choroba i tak mnie dopadła.

Rozpoczęła się walka z czasem = praktykowałem wszystkie te mamine sposoby typu herbata z miodem/sokiem z malinami, kanapki z czosnkiem itd. itp. Nie chciałem brać antybiotyków, organizm źle na nie reaguje, stąd taka a nie inna metoda walki z przeziębieniem.

Jeszcze w sobotę wieczorem przed startem było naprawdę kiepsko. Bardziej niż do biegu nadawałem się do karetki pogotowia, która mogłaby mnie odwieźć do szpitala.

I przyszła niedziela, a zdrowie wróciło szybciej niż Ben Johnson biegał setkę w Seulu.

Młoda para w pełnym ślubnym stroju, facet przebrany za kelnera, gość z Polską flagą bez butów – na starcie biegu nie brakowało oryginałów. Bardziej niż sami uczestnicy porwali mnie jednak widzowie. Uśmiechnięci, rozkrzyczani, dodający biegaczom zajebistej otuchy. Na trasie widziałem… Japończyków, którzy mieli transparenty z ichniejszymi krzakami, widziałem Norwegów z dziwnym angielskim napisem „Love ju Warsew”, widziałem też laskę, która zdecydowała się napisać na prześcieradle coś takiego: „Marcin, jak zejdziesz poniżej czterech godzin, zgodzę się na ślub”.

Była ładna, więc na miejscu tego gościa zapierdalałbym jak mały motorek, byle tylko spełnić jej oczekiwania.

A właśnie, tempo biegu – ustawiłem się z grupą na 3:30 i pierwsze 21 km minęło niezwykle przyjemnie. Jedyny minus – po dwunastu kilometrach na tyle ekspresyjnie wyjąłem żel energetyczny z tylnej kieszeni spodni, że… wypadł mi na jezdnię. Podnieść go było mission impossible – przy takiej próbie tłum niechybnie by mnie stratował.

Smutno zrobiło się gdzieś tak na 27 kilometrze. Od tego miejsca miałem wrażenie jakby z każdym kolejnym do moich nóg dołączano półkilogramowe odważniki.

– Kryzys przyjdzie na dziesięć kilometrów przed metą – przestrzegał Adam, przyjaciel, który zaliczył już kilkanaście maratonów.

Nie miał racji – już na 30stym czułem, że jest słabo.

I wtedy uratowali mnie kibice – to, co działo się na wysokości metra Imielin, przekraczało moje pojęcie. Ludzie jarali się biegaczami-amatorami mniej więcej tak samo, jak fani kolarstwa zawodowcami wspinającymi się podczas Tour de France na największe góry. Pośród tego tłumu była moja dziewczyna. Dostałem buziaka, płynny magnez i wodę z elektrolitami – niezły zestaw, by przetrwać najtrudniejszy czas.

Na entuzjaźmie przejechałem jakies dwa kilometry. Koło 32. rozpoczęła się pierwsza, mało przyjemna, rozmowa z nogami. Lekceważyłem sygnały, które mi wysyłały, choć nie było to łatwe – co i raz na trasie mijałem jakiegoś kolesia, który przegrał wewnętrzną walkę i stawał. Wiedziałem, że nie mogę dołączyć tego grona. Nogi paliły tak bardzo, że byłem pewien jednego – jak się zatrzymam, to już będzie koniec. Poczuję ołów i już, pozamiatane.

Po 36. kilometrze, o którym pisałem na wstępie, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nie widziałem trasy, nie słyszałem kibiców wokół, skupiałem się tylko na jednym – białej koszulce pacemakera z napisem „3:30:00”, biegnącego kilka metrów przede mną.

Na tym patencie jakimś cudem dociągnąłem do Placu Trzech Krzyży. Stamtąd było już z górki – skręt w Aleje Jerozolimskie i pach, człowiek widzi Stadion Narodowy, a przecież nic tak nie mobilizuje do ukończenia wyścigu, jak meta.

Kiedy wbiegłem na murawę warszawskiego obiektu (czas – 3:29), czułem, że za chwilę stracę przytomność. Miałem taką akcję po raz pierwszy w życiu. Stu ostatnich metrów nie pamiętam w ogóle, kojarzę tylko co było potem.

Ściana.

Stanąłem i koniec. Pierdolę, nie idę do strefy z jedzeniem i masażami. Nie dam rady.

Obrażony na cały świat kontemplowałem słodki bezruch. Mijały minuty, a wraz z nimi złość. Poszedłem, choć to złe słowo, ja pełzałem, do punktu dla zawodników. Wyglądałem ewidentnie jak koleś z ministerstwa głupich kroków – skeczu Monthy’ego Pythona.

Sam śmiałem się ze swojej nieporadności.

Masaż, jedzenie, kilka ciepłych słów od współbiegaczy i wio, trzeba iść do znajomych, którzy są GDZIEŚ na stadionie. Problem w tym, że rozładował mi się telefon. I że nie bardzo mogę się poruszać.

Pełzam.

Kwadrans, pół godziny, czterdzieści pięć minut.

W końcu doczłapałem na koronę Narodowego. W międzyczasie zamarzłem – mój team, z którym jak wiecie nie miałem jak się skontaktować, był w posiadaniu ciepłego polaru. Stałem więc jak ostatni debil w przepoconej koszulce mając nadzieję, że w końcu przyjdzie odsiecz. Udało się. Po godzinie.

Po raz ostatni byłem tak szczęśliwy, gdy w 2011 dowiedziałem się, że wynik testu ciążowego mojej ówczesnej laski był negatywny.

No i teraz zaczęło się najtrudniejsze, rzecz wymagająca dużo większego wysiłku niż sam bieg – spacer ze stadionu do auta. Kilometr. Co to jest, powiecie. Dla sfatygowanego biegiem maratończyka – wieczność. Najgorzej było podczas schodzenia po schodach. Piorunujący ból, a w oczach łzy.

Piszę ten tekst we wtorek rano i uwierzcie – nie jest dużo lepiej. Nie pomagają oszczędzanie nóg, lód oraz różnego rodzaju maści. Owszem, trochę mi przeszło, ale szału nadal nie ma. Gdy poruszam się po Warszawie, ciągle wyglądam jak von Smallhausen z serialu „Allo Allo”.

Ale było warto, zdecydowanie. Już nie mogę doczekać się kolejnego startu, w 2014. Cel na przyszły rok – 3:15:00.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑