Jak nie wpadłem w sidła prawie żadnego nałogu (chociaż niemal chciałem!)

Opublikowano Czerwiec 23, 2013 | przez Dżordż

nalog

Piękny, letni wieczór. Grill ze znajomymi. Delektuję się smakiem idealnie wysmażonej kiełbaski i świetnie schłodzonego piwa. Nagle kumpel, uhahany na całego, wykrzykuję w moją stronę: – Mam towar stulecia, musisz spróbować!

Wcześniej paliłem trawkę dwa razy w życiu. Nie sprawiło mi to żadnej przyjemności. Nie zaliczyłem też czegoś w stylu spektakularnego odlotu. Ale co mi tam, do trzech razy sztuka.

OK, mówię, daj, zaciągnę się tym super stuffem.

Biorę macha. Staram się delektować, ale serio nie czuję nic. Mija jakiś czas. Znajomy, zajarany na całego, skacze wokół mnie jak małpka z ZOO i drze ryja:

– Już, już, masz to?

– Ale co?

– No odlot stary, odlot.

– Nie.

Dziabnąłem całego skręta i sorry Winnetou, nie zrobiło to na mnie najmniejszego wrażenia. A jeśli tak, to nie zamierzam dać trawce szansy numer 4 – już nie wierzę, że to może mnie w jakikolwiek sposób ruszyć. Nie chcę też spróbować amfy, koki czy innego świństwa. Tu akurat nie mam wątpliwości, że te „delicje” zrobiłyby na mnie dużo większe wrażenie niż trawka, ale też nie sądzę, żebym się od nich jakoś specjalnie uzależnił. Bo ja już tak mam – nie wpadam w nałogi.

Papierosy palę od jakichś trzech lat. Czasem jednego w miesiącu, czasem pół paczki podczas imprezowej nocy, do alkoholu. Znajomi, którzy zaczęli przygodę z fajkami w tym samym czasie, kopcą jak smoki. A ja? Mogę nie mieć szluga w ustach i pół roku i luz, nie czuję nikotynowego głodu.

Nie mam też potrzeby, inaczej niż niektórzy znajomi, aby przegrywać ciężkie tysiące w kasynach. Rozmawiałem kiedyś z piłkarzem, dosyć znanym, który przy rulecie przejebał grube miliony.

– Chłopie, jak rozumiem, że można wpaść w sidła wódy czy seksoholizmu, to nie mogę pojąć co kręcącego jest w rulecie.

Gość aż zadrżał gdy to usłyszał. Zaczął opowiadać mi o kasynach z takim szaleństwem, z jakim żonkoś z rocznym stażem rozprawia o swojej młodej, pięknej kobiecie. Facet był na tyle przekonujący, że po jego opowieści postanowiłem nawet przekroczyć bramę jaskini hazardu.

Dupa blada, coś tam postawiłem, coś wygrałem, przejebałem coś, ale generalnie nie czułem tego. Dużo bardziej niż automaty do gry czy ruletka kręciły mnie ładne kobiety, towarzyszące chętnym do opróżnienia kieszeń panom. Myślałem nawet, żeby – korzystając z faktu, iż ich mężczyźni są zajęci kulkami – coś tam poflirtować, ale potem uznałem, że mogłoby się to skończyć źle, goście wyglądali na dosyć groźnych sukinsynów, a ze mnie żaden Lennox Lewis.

Pozostańmy przy temacie kobiet.

Kiedyś myślałem, że jestem seksoholikiem. Sporo czasu poświęcałem na wyszukiwanie nowych dziewcząt – internet, kluby, puby – a potem na randkowanie z nimi i próby zaciągnięcia ich do łóżka, mniej lub bardziej udane, jak to w życiu bywa. Już zacząłem się o siebie martwić, już doszukiwałem się symptomów uzależnienia i wtedy uratował mnie… „Duży Format”. A konkretnie zajebisty reportaż o uzależnionych od jebania. Autor opisywał tam gości, którzy wydają na dziwki 2/3 pensji, a konia walą kilkanaście razy na dobę.

Hm, do takich przypadków jest mi BARDZO daleko, poza tym moje podrywy mają charakter sinusoidalny – przez miesiąc, dwa zasadzam się na jakieś dupencje, by potem przez kolejnych 30-60 dni niemalże zrezygnować z flirtu na rzecz książek, dobrego kina i alkoholu.

A właśnie – procenty. Piję, owszem, bywają miesiące, że sporo, ci wszyscy szaleńcy uważający, że jedno piwko dziennie czyni z człowieka alkoholika, niechybnie by mnie nim uznali. Nie traktuję jednak ich słów poważnie, dla mnie uzależniony jest ktoś, kto dzień w dzień wali przynajmniej 5-6 piw, 2-3 wina albo flachę na głowę. Znam ja takich sukinkotów co nie miara, bon vivanci pierwszego lub drugiego sortu, ci młodsi jeszcze coś bzykną, ci starsi już nie, są zbyt brzydcy, grubi zbyt, dziewczyny ładne, miejskie, świeże po prostu ich nie chcą.

Ale wróćmy do tematu – no więc nigdy nie miałem alkoholowego ciągu, dwie-trzy noce z rzędu kiedy konkretnie chlałem to był maks. Zdarzały się jednak nie dni, ba nawet nie tygodnie, a miesiące gdy odstawiałem i wódę, i piwko, i wino, i nawet łychę. Zimno, ciemno, smutno, w takich warunkach Skandynawom czy Ruskim chce się tankować, a mnie wręcz odwrotnie, kiedy za oknem temperatury są brutalnie minusowe, wtedy oddaję się konsumpcji herbatki, bez prądu, albo kawy z mlekiem, oczywiście jako wielkomiejski pajac pijam takie wychudzone, co by bełcun nie rósł, w końcu biegam, ćwiczę, pływam.

Sport.

Jeśli od czegoś mogłem się uzależnić to właśnie od niego. Jestem na takim etapie życia, że dzień bez biegu czy basenu powoduje u mnie drastyczne wyrzuty sumienia, ciężkie jak burzowe chmury. Nie robiłem nic przez kilkanaście godzin, to nie mogę przestać o tym myśleć, nie potrafię wówczas pisać, czytać, oglądać telewizji też nie mogę. A jeśli – nie daj Bóg – brak ruchu rozciągnie się do dwóch dób, to już koniec, kaplica, pozamiatane.

Choćby było za oknem 35 stopni, choćbym miał do oddania na zaraz pięć tekstów, olewam to i idę ćwiczyć, tak już mam, ale to chyba dobrze. Patrzę na te coraz bardziej obwisłe polskie brzuchy, na te dupy trzęsące się tak bardzo, że ptaki spierdalają z drzew w promieniu kilometra, osberwuje to napychanie się naszego społeczeństwa niezdrowym żarciem i myślę sobie, że pozytywnie jest mieć w tym kraju pustych kalorii odruch sportowy. Nawet jeśli ma on już znamiona nałogu.

foto: www.milionkobiet.pl

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑