Jak nie zdobyłem medalu w triathlonie piwo-wino-wódka

Opublikowano Styczeń 30, 2013 | przez Dżordż

Simon Lessing #5

Są zawody, w których picie alkoholu jest wręcz pożądane. Charles Bukowski nie byłby zapewne tak intrygującym pisarzem, gdyby regularnie się nie upodlał. Niestety, w przypadku uprawiania sportu, nawet amatorsko, sympatia do % to jednak problem…

Gdy znajomi usłyszeli, że zamierzam wystartować w triathlonie, mieli ze mnie polewkę na całego. – Ale takim piwo-wino-wódka? To dawaj stary, w nim masz szanse na olimpijski medal – tego typu żartów nasłuchałem się do bólu.

Nie jestem wielkim pijakiem. Rzadko kiedy bywam kompletnie nawalony. Nie lubię stanu, w którym nie mam nad sobą kontroli.

Ale nie powiem, zdarzało mi się regularnie coś tam dziabnąć. Dwie lampki wina na randce we wtorek, kilka piw z kumplem podczas oglądania meczu w środę, wódkę z sokiem dla przyjemniejszego czytania książki w czwartek, drinki w klubie w piątek. Tak to mniej więcej wyglądało. Żadne chlanie na całego, ale jednocześnie stan daleki od abstynencji. Znam wielu, którzy drinkują mocniej i jednocześnie paru co to gazują dużo mniej.

Obfity śnieg, mrozy, ciągły brak czasu – te wszystkie przeszkody w uprawianiu triathlonu okazały się w moim przypadku tylko odrobinę mniej trudne do pokonania od przełączenia się na tryb: piję rzadko.

Pierwsze tygodnie mojej „abstynencji” były ciekawym czasem. Mam wielu znajomych muzyków i dziennikarzy, a to środowiska które umówmy się, nie wylewają za kołnierz. No więc wpadam na jedną, drugą, trzecią imprezę. Koledzy walą drina za drinem, z każdą godziną stają się coraz bardziej uhahani. A ja nic, sączę spokojnie przez cały wieczór jednego „Desperadosa”.

Nie było to łatwe – odmawiałem znajomym alkoholu stanowczo, w taki sposób, w jaki klubie ze striptizem mówi się „nie” mało atrakcyjnej tancerce. Z początku to moje niepicie nieco ich denerwowało, jednak z czasem zaczęli doceniać moją silną wolę. I fakt, że jest ktoś, kto może wsadzić ich najebanych do taksówki i upewnić się, że bezpiecznie dotrą do domu.

Dlaczego właściwie ograniczyłem picie? Bo im więcej trenowałem, tym bardziej rozumiałem, że mój wysiłek idzie na marne jeśli po całym dniu ciężkiej pracy znowu walnę jakieś % w za dużych ilościach. Do takiego wniosku nie dochodzi się po tygodniu czy dwóch ćwiczeń, to przychodzi z czasem, kiedy pływanie czy bieganie zajmują ci coraz więcej czasu i energii.

Oczywiście nie jest tak, że nie konsumuję nic. Nie mam na tyle silnej woli by nagle stać się stuprocentowym abstynentem, poza tym umówmy się – nie przygotowuję się do startu w mistrzostwach świata zawodowców, triathlon ma być dla mnie głównie przyjemnością, a nie męką. Dlatego zdarza mi się czasem sięgnąć po wino czy drinka. Ale robię to jednak zdecydowanie rzadziej i w mniejszych ilościach.

A jak to jest z wami? Treningi sprawiły, że odmówiliście sobie alko, czy też jednak nie? Piszcie w komentarzach, naprawdę jestem ciekaw historii czytelników „wyszlo.com”.

 

 

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑