Jak nie zostałem freeganem. Odcinek 1

Opublikowano Wrzesień 10, 2014 | przez lucky bastard

Generalnie tematy, którymi zajmuje się w swojej pracy dziennikarskiej dzielę na dwie kategorie: a) takie, o których piszę ze szczerą chęcią, b) takie, które robię, bo muszę. Więcej jest tych pierwszych, dlatego tak bardzo lubię tę pracę.

Jednak od czasu do czasu wpadnie mi do głowy pomysł (najczęściej poroniony), którego nie zaliczę do żadnej z wyżej wymienionych kategorii. Pomysł, który trochę różni się od tego, czym zajmuję się na co dzień, i który – choćby nie wiem co – muszę zrealizować. Najczęściej odkładam to w czasie, ale w końcu przychodzi właściwy dzień. Tak było dziś.

Zapewne słyszeliście o freeganizmie, prawda?

Zauważyłem, że ludzie się trochę z tego nabijają, nazywając to po prostu jedzeniem ze śmietnika lub zabawą dla studentów, ale sama idea, jaka za tym stoi, jest moim zdaniem bardzo słuszna. No dobra, jeśli mam być szczery, to po pierwszym przeczytanym na ten temat artykule, też myślałem, że to tylko wielkomiejska fanaberia. Ale potem trafiłem na dane dotyczące tego, ile żywności rocznie marnujemy. W całej Europie wyrzuca się 1/3 tego, co zostało wyprodukowane! Masakra. Sam pochodzę z domu, w którym zawsze – niezależnie od tego, czy nam się przelewało czy nie – poszanowanie dla chleba i jedzenia w ogóle było bardzo duże. Pewnie dlatego tak mnie to wciągnęło.

W sumie nie zastanawiałem się długo, jak ugryźć temat. Założenie było proste jak tabliczka mnożenia: któregoś dnia ugotuje sobie obiad ze składników, które pozyskam za darmo. Ze śmietnika, rzecz jasna. Najpierw poprzeglądałem jednak fora internetowe na temat. – Nic prostszego – pomyślałem. Później porozmawiałem z koleżanką, która określiłbym mianem „kumatej” w tych kwestiach. Trochę zbiła mnie z tropu.

– Myślisz, że pójdziesz na tyły Biedronki i po prostu wybierzesz sobie odpowiednie składniki? – zapytała, chyba retorycznie. – To tak nie działa. Trzeba wiedzieć, gdzie uderzyć, a przede wszystkim kiedy. Sklepy generalnie patrzą na to krzywym okiem. Moi znajomi na przykład, weszli w układ z ochroniarzem z marketu. Przymyka oko. Słyszałam nawet o przypadku, że obsługa sklepu dzieli jedzenie na przydatne i nie, a potem pakuje je dla freeganów do osobnych worków – kontynuowała.

– Za darmo? – zapytałem naiwnie.

– A dostałeś coś kiedyś za darmo? – teraz na pewno zapytała retorycznie.

Czyli koniec końców za jedzenie płacą. Odpada.

Pomyślałem, że mimo wszystko zbadam temat. Wyszukałem sobie rano duże skupisko hipermarketów. Od niedawna mieszkam w Warszawie, więc nie znam jeszcze swoich sąsiadów, ale dla spokoju postanowiłem zaatakować inną dzielnicę. Oporów przed grzebaniem w śmieciach nie miałem praktycznie żadnych. Chyba zostało mi to z dzieciństwa, podczas którego namiętnie zbierałem puszki po piwie. Ubrałem się zwyczajnie, zarzuciłem plecak i w biały dzień ruszyłem w trasę…

I dupa. Kompletna porażka.

Sklep numer 1: odgrodzony śmietnik. Sklep numer 2: odgrodzony śmietnik. Sklep numer 3: śmietnik bez ogrodzenia, ale na widoku, zaraz obok przystanku autobusowego. Chuj tam. Mimo to postanowiłem spróbować. Karton, karton i jeszcze raz karton. Nic co nadawałoby się do zjedzenia. Pewnie segregują odpady, brawo. Zresztą zanim porządnie zanurkowałem, wygonił mnie sympatyczny pan z obsługi sklepu (jeśli czyta, pozdrawiam). Sklep numer 4: pusto.

Nici z dzisiejszego obiadku. Nie zrealizuję marzenia wszystkich kandydatek na miss. Nici z walki z głodem. Nie uratuję świata.

Wracałem do domu jako przegrany. Nie jest to miłe uczucie. Nie chcę wam ściemniać, więc napiszę wprost – zabrakło determinacji do dalszych poszukiwań. A i koleżanka miała rację – to byłoby za proste.

Podjąłem jednak jeszcze jedną próbę. Kilka razy widziałem, jak panie w zielonych polarkach z Żabki, znajdującej niedaleko mego mieszkania, dreptają z czymś na osiedlowy śmietnik. Zajrzałem więc do spożywczych sąsiadów.

Eureka! Oto moje pierwsze łupy:

marchewki

Obiadu – jak doskonale widzicie – z tego nie będzie. Trzy marchewki, które przegrały walkę z czasem i pomidor po przejściach. Niezły zestaw. Może byłoby tego więcej, ale warunki były wybitnie niesprzyjające. Strasznie śmierdziało. Zapakowałem więc moje symboliczne trofea – pewnie tylko po to, by móc się nimi przed wami pochwalić – i postanowiłem zakończyć przygodę.

Tyle. W ramach pokuty – trzeba było słuchać mądrzejszych! – dziś głoduję. Zresztą, przyda mi się. Z wyzwania jednak nie rezygnuję. Tylko następnym razem lepiej się przygotuję do jego realizacji. Mam jednak cichą nadzieję, że mój dzisiejszy wypad – choć zakończony porażką – skłoni was do chwili refleksji na temat marnowania żywności. W ostatecznym rozrachunku, o to właśnie chodziło.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑