Jak nie zrobiłem triathlonu w Gdyni

Opublikowano Wrzesień 10, 2013 | przez Dżordż

polskabiega

Pływałem jak szalony. Trzy razy w tygodniu po sto basenów. Dla kogoś, kto dwa lata temu ledwo utrzymywał się na wodzie, to było coś.

Biegałem regularnie cztery razy w tygodniu, nie zważając na coraz ostrzejsze, przeciążeniowe bóle piszczeli oraz ponaciąganych mięśni.

Jeździłem na rowerze olewając to, że po każdym kolejnym romansie z kolarzówką plecy i dupa wysyłają do głowy wiadomość o treści: zmiłuj się chłopie, błagamy.

Robiłem to wszystko, a mimo to nie spełniłem tego lata swojego wielkiego marzenia: nie wystartowałem w Herbalife Triathlonie w Gdyni na dystansie pół-Ironmana. Pisałem wam o przygotowaniach do tej imprezy regularnie, czuję się więc w obowiązku, żeby wyjaśnić, dlaczego mi NIE WYSZŁO (sorry, że dopiero teraz, musiałem to wszystko przetrawić). I… czemu zamierzam podjąć jeszcze jedną próbę.

Przede wszystkim: doba ma tylko 24 h. Żebyś nie wiem jak kombinował, tego nie zmienisz. Jeśli masz trzy prace, wiele pasji, takich jak film, książki i kobiety, jeżeli potrzebujesz chociaż tych pięciu godzin snu, ciężko jest zmusić się do dziesięciu treningów w tygodniu.

Dawałem radę jechać na wysokich obrotach przez pół roku, do maja, ale po tym czasie organizm i głowa powiedziały zgodnie dość. Nie wyrabiałem już fizycznie i psychicznie – poza ćwiczeniami i robotą nie miałem czasu na nic innego. Chodziłem notorycznie zmęczony i zniechęcony. Przestałem umawiać się na randki. Nie chciało mi się czytać. Ani wychodzić do kina.

Do tego doszła coraz większa irytacja pływaniem i kolarstwem. Tym pierwszym, ponieważ nie pływam dobrze stylowo, więc w wodzie męczyłem się jak jasna cholera.

– Gdybyś poprawił technikę poruszałbyś się o 20 procent szybciej przy 30 procentach mniejszym wysiłku – powtarzał mi znajomy instruktor.

Co do roweru… przed treningami nie jeździłem na nim dobrych 5-6 lat. Zimą przygotowywałem się na rowerku stacjonarnym i było to całkiem fajne doznanie, problem w tym, że nijak mające się do jazdy kolarzówką pod miastem, kiedy napierdziela w ciebie np. boczny, ostry wiatr.

Po dwudziestu, może trzydziestu takich treningach miałem dość. Na myśl o tym, że znowu mam wyjść z domu na cztery godziny i zasuwać bez muzyki tyle czasu po jakichś bocznych drogach (kiedy mijają cię auta, lepiej niczego nie słuchać), robiło mi się niedobrze.

I właśnie to cholerne kolarstwo plus brak czasu przeważyły o mojej rezygnacji. Nie ze sportu w ogóle, a z triathlonu. Przestałem pływać i pedałować, ale przez całe lato nadal biegałem, co zaowocowało fajnym wynikiem w półmaratonie w Sochaczewie – 1:33:13.

Po tym starcie, pierwszego września, postanowiłem, że spróbuję triathlonu jeszcze raz. Tyle że teraz będę trenował mądrzej.

Po pierwsze – zanim znów zacznę ciężkie zajęcia pływackie, umówię się na kilka lekcji z zajebistym instruktorem. Poprawienie techniki to podstawa w kontekście późniejszego szlifowania wytrzymałości. Bez tego ani rusz.

Po drugie – chrzanić rowerek stacjonarny. Żeby odpowiednio przygotować się do regularnych, wiosennych zajęć na kolarzówce, trzeba jeździć na niej w… domu. Kupujesz trenażer i bum – zasuwasz w miejscu. A kiedy zima pozwoli, gdy za oknem nie będzie mrozu i śliskiej nawierzchni, trzeba ubrać się cieplej i pojeździć na góralu, co by nie stracić kontaktu ze świeżym powietrzem.

Wierzę, że polubię w końcu kolarstwo. Podczas ostatniego Tour de France nie mogłem oderwać oczu od Michała Kwiatkowskiego i spółki. Patrzyłem na nich i żałowałem, że przestałem jeździć. To oczywiście irracjonalne bo kiedy to robiłem, czułem się fatalnie.

A jednak jakimś cudem po dłuższej przerwie brakowało mi tego specyficznego bólu. Zrozumiałem to, kiedy oglądałem relację z TdF w Eurosporcie, a potem gdy odbyłem długą, inspirującą rozmowę z Cezarym Zamaną, w przeszłości zwycięzcą Tour de Pologne. Na koniec swojego wykładu powiedział mi coś takiego:

– Podejdź do roweru jak do czegoś fajnego. Wychodzisz na dwór, jest ładna pogoda, jedziesz,oglądasz piękne widoki, jest zajebiście.

Brzmi prosto, prawda? Wiadomo, że wielogodzinne treningi weryfikują te słowa, ale gdy człowiek będzie miał gdzieś tam z tyłu głowy te zdania, powinno się jeździć, pływać i biegać łatwiej. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Nie wiem, czy uda mi się zrealizować mój plan. Jestem zajętym człowiekiem, więc możliwe, że będzie trudno. Wiem natomiast jedno: samo bieganie to za mało dla nawykłego do dużej ilości ruchu ciała.  Dlatego chcę robić więcej, chcę uprawiać triathlon.

Albo inaczej: chcę się dobrze bawić za pomocą pływania, biegania i kolarstwa. Im więcej radości z treningu, tym większa szansa na ukończenie poważnych zawodów, pamiętajcie o tym, kiedy i was dopadnie kryzys. A zapewniam, że – jeśli ćwiczycie regularnie – prędzej czy później do tego dojdzie…

PS. Cały ten tekst podsumuje chyba dobrze jedno inspirujące zdanie, które przeczytałem niedawno na fejsbukowym profilu byłego zawodnika MMA Łukasza Jurkowskiego: ból jest chwilowy, chwała jest wieczna. 

foto: www.polskabiega.sport.pl

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑