Jak (nie)zostałem kucharzem

Opublikowano Grudzień 16, 2014 | przez ZP

kitchen-fire

Każdy dojrzały mężczyzna zapewne pamięta jak to jest być nastolatkiem, który boi się złapania na samogwałcie. Jest to strach niemalże strusi, wizja zostania zauważonym przez mamę lub babcię podczas intymnej czynności prawie doprowadzała człowieka do omdlenia. Nie piszę tego, by odbyć podróż sentymentalną do czasów młodości, ale żeby coś wyznać: otóż w „dorosłym” życiu lękałem się gotowania równie mocno co w  „dziecięcym” schwytania na masturbacji.

W temacie kuchnia i ja trapiło mnie niemalże wszystko: że przypalę zupę, rozgotuję kluchy, doznam oparzeń podczas wyjmowania kurczaka z piekarnika itd. itp. Generalnie: byłem kulinarnym Woody Allenem. Pierdołą, która wolała szlajać się po restauracjach i zamawiać na wynos do domu, niż choćby spróbować coś upichcić.

Jakiś czas temu coś we mnie jednak pękło. Uznałem, że mając ponad 30 lat warto jednak czasem stanąć przy garach i spróbować zrobić coś samemu. Oczywiście bałem się tego pierwszego razu równie mocno co braku erekcji przy próbie utraty dziewictwa, ale mimo to spróbowałem. Powód? Naturalnie kobieta! Zawsze to milej upitrasić dziewczynie coś samemu, a tym samym zyskać w jej oczach, niż ciągle zabierać ją do knajpy. Uwierzcie lub nie, ale permanentne szlajanie się po restauracjach też może się znudzić.

Nie ukrywam – spotkał mnie tzw. fart początkującego. Wegetariańskie curry, które zrobiłem, było tak smaczne, że połowica po wyczyszczeniu talerza, co odbyło się szybko i z niebiańskim wyrazem twarzy, zaordynowała: Czas na seks. Zasłużyłeś.

W jednej chwili zapragnąłem zostać kucharzem. Zdało mi bowiem się, że od tej pory namówienie partnerki do spółkowania stanie się najłatwiejszą rzeczą na świecie. Nawet gdy będzie zmęczona całym dniem pracy, nawet gdy złapie ją migrena, da się obejść te przeszkody za pomocą jednego: garów.

O jakimże byłem głupcem! Jak bezczelnie a jednocześnie bezsensownie uwierzyłem w swoje umiejętności! Ich brutalna weryfikacja nastąpiła już przy drugim podejściu, kiedy to zrobiłem krem z papryki. A właściwie: próbowałem zrobić. Albowiem to, co wyszło, niewiele miało z kremem wspólnego, konsystencją zdecydowanie bardziej przypominało zwykłą zupę, smakiem – zupę niedoprawioną, nad którą trzeba popracować, i to niemało, żeby zdała się do konsumpcji. Czyli: dramatu nie było, ale seksu też nie.

Katastrofa nastąpiła natomiast podczas próby kulinarnej numer trzy. Była to klęska z gatunku tych spektakularnych. W jednej chwili poczułem się jak reżyser Łukasz Karwowski po przeczytaniu kilku recenzji na temat swojego filmu „Kac Wawa”.

Innymi słowy: odechciało mi się żyć. Miałem ochotę wyskoczyć przez okno i pewnie bym to nawet zrobił, gdyby nie fakt, że mieszkam na pierwszym piętrze. Ewentualna honorowa próba samobójcza skończyłaby się więc co najwyżej mocnym poturbowaniem. A wtedy dziewczyna, istota piękna, ale i złośliwa, mogłaby się śmiać nie tylko z tego, jak spaprałem krem z kalafiora, ale i z tego, że nawet nie umiem porządnie zamachnąć się na swoje życie.

Zresztą przyznam się wam, że nią również mogły targać ostatecznie myśli. Albowiem podjęła heroiczną próbę i tuż po tym jak spróbowałem swojego „dzieła” – krzywiąc się przy tym niemiłosiernie – sama śmiało wsadziła do ust łyżkę owej papki. Po chwili miała minę tak zniesmaczoną, jakby właśnie złapała mnie na zdradzie z kilkudziesięcioletnią damą do towarzystwa.

– Co za ohyda! Smakuje jak rozwodniona mąka – słusznie zauważyła, a mi pozostało tylko pokiwać głową z aprobatą. Czy muszę dodawać, że dostałem kilkutygodniowy ban na zbliżanie się do garów?

Z początku przyjąłem go z ulgą, ale już po trzech dniach poczułem ochotę, by się zrewanżować tym cholernym kremom, a tym samym pokazać lubej, że jednak potrafię je przyrządzać. Niestety, była głucha na moje prośby i wyraziła zgodę dopiero wtedy, gdy odcierpiałem 100% swej banicji, o żadnym skróceniu kary nie mogło być mowy, w końcu zrozumiałem jak czują się ci biedni szefowie Legii Warszawa, panowie Mioduski i Leśnodorski, notorycznie sponiewierani bez jakiejkolwiek litości przez UEFĘ za wybryki chuliganów.

Kiedy w końcu dostałem zielone światło, pomyślałem, żeby przyrządzić zielony groszek. A dokładnie krem na jego bazie. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale prawie go nie spaprałem!

– Dobry, choć cholernie ostry – taka była recenzja. Znów trafiona w punkt – okazało się, że podczas korzystania z przepisu nie doczytałem jednej dosyć ważnej kwestii: do porcji na dwie osoby daje się 1/3 papryczki chilli, a nie całą. Różnica niby drobna, a jednak olbrzymia: dopiero dwa litry wypitej duszkiem wody sprawiło, że w gardle przestało palić, a z oczu przestały kapać łzy.

Nie ukrywam, że lubię sporty ekstremalne. A takim bez wątpienia jest gotowanie w moim wykonaniu. Dlatego, skoro akurat nie mam czasu jechać w góry ani na zagraniczny windsurfing, zamierzam regularnie fundować sobie w domu trochę jazdy po bandzie i stawać przy garach. Liczę przy okazji, że moje eksperymenty, zapewne nie mniej ryzykowne niż BASE jumping, nie pozbawią życia ani mnie, ani połowicy. Wam też, drodzy panowie, polecam pichcić i nie zrażać się niepowodzeniami. Nawet jeśli będą równie spektakularne jak moje.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑