Jak płynnie wrócić z wakacji do roboty i nie strzelić sobie w łeb?

Opublikowano Sierpień 29, 2013 | przez MB

łeb

Okres urlopowy dobiega końca. Na odpoczynek mogą sobie teraz pozwolić jedynie tłuści prezesi i wąsaci dyrektorzy. Większość polskich szaraków wraca jednak do tyry, której w istocie nienawidzi. Taka sytuacja najczęściej wiąże się z tzw. okresem przejściowym, który może skończyć się dwojako. Albo płynnym przejściem ze słodkiego nieróbstwa w lawinę obowiązków, albo przedawkowaniem Paracetamolu.

Naturalnie zależy nam, by za wszelką cenę uniknąć tego drugiego rozwiązania. Głównie dlatego, że leki są coraz droższe, a w takich sytuacjach nie można liczyć na tańszy zamiennik.

Magazyn „Forbes” proponuje takie rozwiązania, jak odpoczynek po urlopie, obserwowanie siebie i swoich decyzji, utrzymanie urlopowej energii, nie zaglądanie do służbowej skrzynki pocztowej, a także… zaplanowanie kolejnych wakacji. Może i coś w tym jest, ale powyższym sugestiom bliżej do fragmentu zalegającego na półkach Empiku poradnika psychologicznego niż rzeczywistości.

Olejcie takie porady.

Najważniejsze to zaraz po urlopie spóźnić się do pracy. Oczywiście wcześniej należy uprzedzić przełożonego, potem wywinąć się zgrabną wymówką. Awaria samochodu, pilna wizyta u specjalisty, odwiedziny komornika, atak chorego na astmę sąsiada albo dobre na każdą okazję „powody osobiste”.

Po urlopie przede wszystkim trzeba się wyspać. Kiedy przez dziesięć dni regularnie wstaje się o godzinie 11:00, pobudka o 6:00 wydaje się być gorsza niż drzazga w chuju. Dlatego stawiajmy na relaks. Zaraz po wakacjach nikt się do nas nie przyjebie. Szczególnie, kiedy zwiedzaliśmy kraje w innej strefie czasowej.

W samej pracy to samo = chill. Podobno Polska to jedno z państw, które najbardziej lubi się opierdalać. Niech statystyki działają na naszą korzyść. Podstawmy szefowi pod nos tabelkę, z której wynika, że rodacy to szósty najbardziej leniwy naród świata. Z rankingami się nie dyskutuje.

Kawka, śniadanko, pogaduchy. Zero napojów energetyzujących. Nie możemy sprawiać wrażenia pobudzonych i entuzjastycznych, bo takich zarzucają dodatkowymi obowiązkami. Snujmy się jak cień, a na pytania odpowiadajmy lakonicznie.

W przetrwaniu okresu przejściowego między urlopem a powrotem do tyry skutecznie pomaga zostawienie roboty w robocie. Żadnej dodatkowej pracy zabieranej do domu. Po 16:00 jesteśmy niedostępni dla współpracowników, klientów i kontrahentów. Nie ma nas.

Wówczas oddajemy się tym zajęciom, które towarzyszyły nam podczas błogich wakacji: filmy, seriale, dobre jedzenie, popołudniowe drzemki, relaksujące kąpiele.

W takim stanie powinniśmy utrzymywać swoją osobę przez co najmniej 3 dni od powrotu do pracy. Po tym czasie stopniowo zwiększamy obroty, by pod koniec tygodnia powrócić do swojej mistrzowskiej formy. Tą z kolei świętujemy mocno zakrapianą bibą w towarzystwie mniej lub bardziej znajomych osób. Broń boże nie zapraszamy nikogo z biura.

W międzyczasie starajmy się za dużo nie wspominać. Żal za utraconą, niekończącą się przyjemnością wywoła u nas wyłącznie doła. Za oknem już nie Barbados, a Sandomierz, w szklance nie Caipirinha, a bawarka, wokół nie atrakcyjne mulatki, tylko pani Krysia z sekretariatu.

Wbrew temu, co sugerują redaktorzy Forbes’a, również nie planujemy. Wybieganie myślami w przyszłość oderwie nas od obowiązków, które, mimo wszystko, mamy do wykonania. Marzenia o niebieskich migdałach często kończą się również kompromitującym przypieprzeniem w znak albo paraliżującym całe ciało wypadkiem drogowym. Jesteśmy tu i teraz. Dzielnie, acz powolnie, mierzymy się z codziennością i metodą małych kroczków wchodzimy w tryb pracownika miesiąca.

Umiejętnie wykorzystując zestawienie energii, wakacyjnego kopa w dupę i pourlopowego nieróbstwa, stopniowo pniemy się po szczeblach kariery i z czasem… stajemy się tłustymi prezesami i wąsatymi dyrektorami.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , ,



Back to Top ↑