Jak wpadłem do pracy na kacu – zwierzenia imprezowicza

Opublikowano Czerwiec 20, 2013 | przez ZP

kac

Aleksander Kwaśniewski wygląda bardzo światowo. Doskonale skrojony garnitur, dobre perfumy, koszula z eleganckimi spinkami do mankietów. Jest 7.20 rano, a były prezydent zachwyca formą. Inaczej niż ja. Stoję jakiś metr od niego. Brudny, przepocony, śmierdzący. Marzący tylko o jednym: dobrej, mocnej kawie.

Widok byłej głowy państwa trochę mnie zestresował. Postanowiłem nie dać tego po sobie poznać. Nie wykonywałem żadnych gwałtownych ruchów, nie wpadłem w panikę. Spokojnie uruchomiłem ekspres, zrobiłem swoje, a wcześniej niskim, radiowym głosem rzuciłem niedbale tekst w stylu:

– Dzień dobry panie prezydencie.

– Dzień dobry – odpowiedział lustrując mnie od stóp do głów. To nie było karcące spojrzenie w typie tych, którymi starsze babcie obrzucają w pierwszym porannym metrze imprezowiczów. Poczułem na sobie raczej wzrok kolegi-pijaka, zaprawionego w bojach, który rozumie, jak ciężko pojawić się w robocie po imprezie.

Minionej nocy byłem królem życia. Waliłem drina za drinem. Podbijałem do najlepszych ślicznotek na parkiecie. Bawiłem się na 150 %. Szalałem na maksa nie myśląc o tym, że muszę wstać o 5.20 do radia, z którym od jakiegoś czasu współpracuję.

Poszedłem spać o 4. Nie najebany, ale też na pewno nie stuprocentowo trzeźwy. Po niecałych 80 minutach wypoczynku czułem się koszmarnie. Byłem tak zmęczony, że nie miałem nawet siły na poranny prysznic. Założyłem wymiętoloną, cuchnąca fajami koszulę, a do tego spodnie tak obcisłe, że cud, iż w radiu nie brzmiałem jak poznański Słowik.

Zanim wpadłem do roboty, wyżułem pół paczki gum. Nic to nie dało. Tuż przed wejściem do pracy dałem się obwąchać ochroniarzowi. Pan Mietek, zawodnik, który przyjął w życiu więcej wódy niż każdy z was zużył wody do kąpania, osądził mnie bezlitośnie:

– Capisz chłopie, szefowa cię wyczuje.

Oho, będzie smród. A właściwie to już jest – alkoholowy.

Wchodzę do radia. Krokiem pewnym siebie, chyba nawet nieco nazbyt. Omijam przełożoną szeeeerokim łukiem. Siadam przy swoim biurku, zaczynam pracę. Przekrwione oczy, nierówny oddech, przepocone pachy. Dramat.

Skoncentruj się chłopie. Nie myśl o tym, że za chwilę masz przeczytać serwis pewnym głosem z nienaganną dykcją. Dasz radę, przecież wszyscy radiowcy wiedzą, że najlepiej ogarnia się informacje na kacu.

Idę po kawę, witam się z prezydentem co opisałem po wyżej.

Nadchodzi godzina 0. Wchodzę do studia. Zjebany jak koń po wsternie. Przez szybę widzę Olka. Wraz z prowadzącym czekają aż skończą się informacje. Po nich zaczną brylować, ale na razie nadchodzi moja chwila prawdy.

Zaczyna się serwis. Kątem oka zauważam, że Kwaśniewski patrzy na mnie z zaciekawieniem. Sto procent, że zastanawia się, czy podołam.

Czytam. Na pełnej kurwie, dynamicznie.

Łapię flow, literki mi się nie dwoją. Trzydzieści sekund, minuta, półtorej i błąd. Niewielki, ale zawsze. Aleksander uśmiecha się pod nosem. Ale wyrozumiale, nie kpiąco. Jakby wiedział, że muszę się potknąć, że w tym stanie nie mogę wypaść idealnie.

Wygląda jakby cieszył się, że to drobna pomyłka, a nie wielbłąd, który by mnie skompromitował. Znów ta pijacka solidarność. W zawodzie dziennikarza równie ważna, co newsy. Pamiętam jak kiedyś pojechałem do Krakowa na mecz Wisły z GKS-em Bełchatów. Spotkanie sezonu, czasy kiedy w ofensywie drużyny sędziwego już wtedy Oresta Lenczyka szaleli Radek Matusiak i Łukasz Garguła. Tuż po tym hicie popełniłem największą głupotę żurnalisty – postanowiłem napisać tekst po powrocie z tzw. miasta, a nie przed wypadem do klubu.

Wraz z kumplem wpadliśmy do domu koło 5. Choć nie, użyłem zbyt dynamicznego słowa – my raczej wczołgaliśmy się do mieszkania. Zmasakrowani, ale pełni dobrych chęci. Dlatego czym prędzej wzięliśmy się do pisania tekstu. Po godzinie roboty przybiliśmy sobie piątki stwierdzając solidarnie, że spłodziliśmy prawdziwe arcydzieło.

Niestety, szef miał inne zdanie.

– Co to za gówno? – gdy zatelefonował nie bawił się w grę wstępną, od razu przeszedł do rzeczy.

– Daj spokój chłopie, to zajebisty tekst – broniliśmy się niezdarnie, jak przystało na dwóch skacowanych palantów.

Oczywiście nie mieliśmy racji – artykuł był BEZNADZIEJNY. Grafomański do piątej potęgi. Szło to mniej więcej tak: Kraków widział już wiele cudów – wiersze Wisławy Szymborskiej pisane pod Sukiennicami, piosenki Grzesia Turnaua śpiewane w Piwnicy pod Baranami, niesamowite role Jerzego Stuhra w Starym Teatrze, ale takiego cudu, jak zwycięstwo GKS-u Bełchatów przy Reymonta to Kraków jeszcze nie widział.

Haha, niezłe pierdoły, prawda?

Wracając do owej solidarności – po tym wygłupie wracałem do Warszawy jak na ścięcie. Byłem przekonany, że w najlepszym wypadku czeka mnie duża kara finansowa, ale zdawało mi się, że takie szczęście mnie nie spotka i że ostatecznie zostanę po prostu dyscyplinarnie wyjebany. Na szczęście szef, wytrawny balangowicz, kiedy mnie zobaczył, powiedział głosem pełnym współczucia, poklepując jednocześnie po ramieniu:

– Spokojnie młody, Kraków cię wciągnął, nie przejmuj się, każdy z nas to przeżył.

Piękne.

Każdemu z was życzę równie wyrozumiałych bossów. I przynajmniej jednego dnia na mega kacu w pracy, w trakcie owego człowiek umiera,ale potem naprawdę jest co wspominać.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑