Jak rozpocząłem nowy tydzień z hukiem. I z potwornym bólem głowy

Opublikowano Październik 14, 2013 | przez ZP

kac-morderca

Kiedy tuż po przebudzeniu spróbowałem wstać, wiedziałem już, że jest kiepsko. Prędzej Anglia odzyska Indie niż ja złapię pion, niestety, ale tak właśnie to wygląda. Leżę i kwiczę podziwiając jednocześnie coś zupełnie absurdalnego zważywszy na to, że mój mały, prywatny dramat rozgrywa się w Warszawie: plakat… Malborka.

W przytulnym, małym mieszkaniu, w którym przyszło mi dogorywać, nie brakowało zresztą innych absolutnie oryginalnych rzeczy. I tak po chwili leniwego rozglądania się dostrzegłem niesamowitą makatę, przedstawiającą chyba dwa czule patrzące na siebie ślimaki, a także kasety magnetofonowe! Uwagę moją przyciągnęła szczególnie ta Roberta Chojnackiego i Andrzeja Piasecznego, „Sax and Sex”. Pamiętacie hit „Prawie do nieba”? Piasek wyglądał wówczas tak, jakby żył tylko po to, żeby złożyć CV do jakiegoś zespołu rockowego.

A jeszcze w niedzielę o 20 nic nie zapowiadało nadchodzącego dramatu. Spokojnie oglądałem sobie mecz piłki ręcznej pomiędzy Wisłą Płock, a Vive Kielce i wtedy zadzwoniła dawno niewidziana kumpela.

– Piwo?
– Przekonałaś mnie.

Oczywiście nie skończyło się na jednym. A że po drodze spotkałem innych znajomych, to cóż, poniedziałek rozpocząłem spektakularnie. Od kaca wielkości Giewontu.

Zapewne znacie te historie: w ustach suszy jakbyś szedł trzydziesty kilometr po Saharze, a wody, naturalnie, nie ma. To znaczy jest, ale kranówa. Tyle że, aby ją dostać, trzeba wstać. A to jest w tym momencie tak samo realne, jak wygrana Polaków na Wembley.

Skoro nie da rady pić, a łeb napierdala, czas spróbować zasnąć.

Pięć, dziesięć, piętnaście minut. Dupa blada. To się nie zdarzy. Niby jesteś zjebany, niby oczy się zamykają, ale sen nie przychodzi. Kacowa klasyka.

W końcu wstaję. Pełzam. Do łazienki. I tu zaskoczenie – kolejny vintage jak ta lala! Oto aby spuścić wodę, trzeba pociągnąć za sznurek, co za niespodziewany powrót do dzieciństwa! Poczułem się jak Wojciech Mann w „Szansie na sukces”. Gdybym nie był tak oklapnięty, uroniłbym nawet łezkę.

Rychło zapominam o sraczu albowiem nadchodzi największy wróg kaca – pijacki głód. Obok bloku nie ma kebabowni. A nawet gdyby była, nie doczłapałbym dalej niż sto metrów.

Słyszę od kumpla, że o rzut beretem znajduje się popularna „Żabka”. Pytam co jemy. Jako że jesteśmy facetami, a więc najbardziej przewidywalnymi istotami na tej planecie, o zaskoczeniu nie może być mowy. Bułki, parówki, pasztet, słowem pełna wiocha.

Jem, po czym spierdalam. Nieefektownie, powoli, ciągle czując w ciele monstrualną ilość nieprzetrawionego alkoholu. Wiem, że czeka mnie teraz wisienka na torcie, główny punkt programu czy jak to tam chcecie nazwać, mianowicie powrót tramwajem.

Wiadomo, poniedziałek rano to naród spieszy do pracy. Szkół. Urzędów. Ludziska wypachnione, ogolone, czyste, schludne, wielkomiejskie. Pośród nich ja. W przepoconej koszuli. Podmyty w tej peerelowskiej łazience, ale zdecydowanie nie wyprysznicowany. Z włosem tak rozwichrzonym, jakbym przejechał właśnie ze sto kilometrów Cadillackiem. Z rozwalonym zamkiem w bucie, z którym musiałem siłować się minionej nocy. A może sprzedałem komuś kopa w dupę? Nie pamiętam, zresztą nieważne.

Generalnie to jestem bardziej rozmemłany niż Shaggy, ten animowany flejuch od Scooby Doo. Gdyby nie to, że nie wali ode mnie moczem, ludzie wzięliby mnie za bezdomnego.

Naturalnie to, że nie mają mnie za ulicznika, nie sprawia, iż cieszę się ich poważaniam, o szacunku nie wspominając. Spojrzenia oszpilkowanych studentek i eleganckich urzędasów są wyjątkowo karcące. I może nawet zarumieniłbym się pod ich ciężarem gdyby nie fakt, że oblewają mnie zimne poty i na tym skupia się moja uwaga. Całe pięć minut, do momentu, w którym wychodzę z tramwaju, po czym zaliczam upadek. Spektakularny.

Zanim wyrżnę o ziemię, wykonam w powietrzu coś niezwykle efektownego. Wszyscy ci skoczkowie do wody, specjaliści od śrub, wszyscy ci królowie kung fu, którzy utrzymują się nad ziemią kilka sekund, na pewno pozazdrościliby mi tej akrobacji. Była dynamiczna, swobodna, ktoś podziwiający mnie z boku mógłby odnieść wrażenie, że niemal wyreżyserowana.

Jebut, dziękuje, pozamiatane. Kac zaraz minie, guz pozostanie.

I jak tu nie lubić poniedziałków?

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑