Jak się pisze „U2”? Niekompetencja pracowników Empiku wprawia w osłupienie

Opublikowano Listopad 28, 2013 | przez MB

empik

Jak długo jeszcze trwać będzie niekompetencja pracowników Empiku? Jak długo, pytam?

Barmani znają się na alkoholu, sprzedawcy samochodów na motoryzacji, hutnicy na wytapianiu metali. Doradcy klienta w Empiku o kulturze nie mają zielonego pojęcia.

Ilekroć robię tam zakupy i muszę zasięgnąć rady ekspedienta, dostaję silnych drgawek. Oczywiście nigdy nie potrzebowałem porady typu „jaką książkę kupić tacie na święta?” albo „jaka płyta sprawi, że laska będzie miała mokro?”. Przeważnie na takie pytania odpowiadam sobie sam i nigdy nie pudłuję.

Gorzej idzie mi z orientacją w terenie, ponieważ mają tam niezły burdel i pod literką „D” rzadko kiedy można trafić na Dire Straits albo Deftones. Raczej zawieruszy się tam Ewa Farna, za którą ukryta jest cała dyskografia Ricky’ego Martina. Nie ma szans, by znaleźć cokolwiek. Dlatego obecność doradcy jest jak najbardziej wskazana. I wtedy zaczynam się telepać.

Decyzję o napisaniu tego tekstu podjąłem po wczorajszej wizycie w jednej z wrocławskich jednostek Empiku. Wybrałem się po konkretną pozycję: „101 Eventów, które musisz znać”. Nówka sztuka, ciekawa publikacja na temat event marketingu w Polsce, pierwsza tego typu pozycja na rynku, gorąco polecam. Można się zajarać jak górnik podczas Barbórki.

Ale ja nie o tym. W kontekście artykułu najważniejsze jest to, że zanim w końcu udało mi się zakupić wybraną książkę, musiałem odbyć rozmowy z pięcioma pracownikami Empiku. Czworo z nich nie miało pojęcia, o czym do nich mówię. Wcześniej oczywiście podjąłem samodzielne poszukiwania, które ostatecznie spełzły na niczym. Przeszperałem sektor muzyki, sztuki i ogólnie pojętej rozrywki. Nic. Przegrzebałem ekonomię. Nic. Rzuciłem okiem na nowości, a tam tylko Sapkowski. Pani klikała i szukała w komputerze, w końcu jej koleżanka odesłała mnie na prasę. Tam inny doradca płci żeńskiej odesłał mnie do swojego kolegi, a ten skoczył po koleżankę. Na szczęście najbardziej rozgarniętą. Okazało się, że „101 Eventów” można znaleźć dosłownie w prasie. Między „Vivą”, magazynem wnętrzarskim „Twój Komfort” a czasopismem „Mój Pies”! W życiu bym się nie domyślił. Szkoda, że doradcy klienta również.

Ta sytuacja przypomniała mi wszystkie inne. Np. te, w których pracownik punktu info nie wie, jak poprawnie zapisać imię i nazwisko Petera Gabriela, nigdy nie słyszał o Jimie Jarmuschu i nie zna żadnej płyty Led Zeppelin. Nie oczekuję, że każdy przypadkowo napotkany przeze mnie człowiek będzie chodzącym vademecum wiedzy z dziedziny kultury. Wymagam jedynie znajomości podstaw, która mnie, jako klienta, utwierdzi w przekonaniu, że trafiłem we właściwe miejsce. Pytania o idealny prezent, o soundtrack pod romantyczną kolację albo podkład muzyczny pod mocne ruchańsko przecież padają. A ci stoją, stękają i słowa nie mogą wydusić, jakby trzymali w ryju wielkiego chuja.

Zastanawiam się więc, jakie kryteria okazują się ważniejsze podczas procesu rekrutacji, skoro obeznanie w świecie kultury omijane jest szerokim łukiem. Znajomość języków HTML i SQL, perfekcyjne władanie angielskim, niemieckim i serbskim, czynne prawo jazdy kat. B, kreatywność, myślenie strategiczne, zdolności analityczne?

Pewien polski muzyk powiedział w wywiadzie dla „Wprost”, że nie dałby matury komuś, kto nie zna „Stairway To Heaven”. Ja też bym nie dał. Umowy zlecenie w prestiżowej ponoć sieci sklepów z kulturą tym bardziej. Uważam, że każdy potencjalny pracownik powinien zdać test z wiedzy o muzyce, filmie, literaturze a nawet grach komputerowych. Oczywiście nie na poziomie C2, jednak B1 to absolutne minimum.

Zdecydowana większość doradców klienta jest w stanie jedynie znakomicie odklepać ofertę promocyjną. Przy odrobinie szczęścia potrafi pokierować we właściwą stronę. I to czasem faktycznie wystarczy, ale czasem nie. W takich chwilach potrzeba kogoś nie dość, że zaznajomionego z nowościami wydawniczymi, to w dodatku obrotnego i zaangażowanego choć minimalnie w swoje obowiązki.

Więc gdy słyszę, że pani bez żadnej kozery wypowiada w moim kierunku zdanie „skoro pan tej książki nie widzi, to ja też jej nie zobaczę”, to nóż mi się w kieszeni otwiera i mam ochotę wystrzelić ją w kosmos. Oczywiście nie robię tego, tylko grzecznie potakuję, uśmiecham się, podchodzę do innego sprzedawcy, kupuję co trzeba, a przy kasie zostawiam króciutką lecz zauważalną skargę.

– Bardzo mi przykro, ale skoro pani nie potrafi zreperować tego paska rozrządu, ja też z tym nic nie zrobię.

– Proszę mi wybaczyć, ale jeśli nie jest pani w stanie zoperować sobie trzustki, ja mam związane ręce.

– Skoro ja tej książki nie widzę, a pani nie jest w stanie powiedzieć mi, gdzie ją znajdę, to proszę wypierdalać.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑