Jak zamawiałem kebaby nocą

Opublikowano Marzec 19, 2013 | przez Dżordż

Dostawca

Ziomek, jasne, że będziecie mieli jedzonko! Przywieziemy je tak w ciągu 45 minut. Chcecie tylko dwa talerz-kebaby, czy coś jeszcze? Fajnie się gada, więc mogę ci sprzedać po taniości zupę.

Nawet jeśli prowadzisz sportowy tryb życia raz na jakiś czas zdarza ci się zjeść coś zajebiście niezdrowego. Przeważnie ochota na takie żarcie nachodzi człowieka w nocy. Jeżeli akurat nie jesteś wtedy w mieście przy kebabowni, masz problem: w Polsce po godzinie 24 ciężko kupić na wynos coś na ząb.

Zdawałem sobie z tego sprawę, gdy ostatnio postanowiliśmy wraz ze znajomą zaszaleć i nawpierdzielać się o dziwacznej porze. Całodobowa, niesmaczna pizza, sushi albo nic – byłem pewien, że staniemy przed takim dylematem. Błąd. Posiedziałem trochę przed kompem i okazało się, że w Warszawie o północy możesz zamówić na wynos kebaba! Ta informacja ucieszyła mnie bardziej niż ostatnie zwycięstwo Realu Madryt w Gran Derby.

Gdybym wiedział, jaki będzie koniec tej przygody, radość byłaby zapewne mniejsza, ale nie uprzedzajmy faktów.

Dzwonię. Odbiera dziwnie radosny koleś. Ton głosu i sposób mówienia – wykapany Laska z „Chłopaki nie płaczą”. Facet cieszy się, gdy słucha zamówienia, jakbym telefonował z radia Zet i mówił mu, że właśnie wygrał sto tysięcy złotych. I mówi:

– Ziomek, jasne, że będziecie mieli jedzonko! Przywieziemy je tak w ciągu 45 minut. Chcecie tylko dwa-talerz kebaby, czy coś jeszcze? Fajnie się gada, więc mogę ci sprzedać po taniości zupę. A tak w ogóle to zapewniam was, że wszystko w knajpie jest zdrowe, zdrowiutkie. Prawie zero tłuszczu, będziecie zachwyceni. ZA-CHWY-CENI!

– Dzięki, kebsy wystarczą.

– Super. Dostawca, w mojej skromnej osobie, niebawem się u was pojawi. Trzymajcie się, nara!

Mija 50 minut. Naprawdę chce nam się jeść. Gadamy o zakończonej niedawno gali KSW 22, ale w głowach kłębi się tylko jedna myśl: by zapchać żołądek. Niestety, kolesia ani widu, ani słuchu. W lodówce mam tylko jeden jogurt. Coraz mocniej zastanawiamy się, by odwołać zamówienie i po prostu się nim podzielić.

To już godzina. Nadal nic. Dzwonię. Raz, drugi, trzeci. Sygnały ciągną się w nieskończoność. Po drugiej stronie słuchawki nie ma śladu życia.

Po kwadransie przychodzi SMS: Sorka, że się spóźniam. Już do was pędzę taksówką.

Taksówką? WTF? Nie mamy pojęcia o co kaman, ale OK, czekamy. Jest 1:15, czujemy się na maksa głodni, wkurwieni i senni.

Kolejny SMS: Ziom, złaź na dół!

Gość brzmi jak wariat, więc zastanawiam się, czy nie wziąć ze sobą czegoś do ewentualnej obrony. Ostatecznie tego nie robię. Idę na żywioł. Schodzę o 1:30 pod kamienicę, kilkadziesiąt metrów dalej stoi taksówka. Wysiada z niej gościu, na oko 25-lat. Szerokie spodnie, fryzura w stylu Roberta Pattinsona, na gębie całkowity Joker.

– Stary, no i już macie jedzonko. Pyyyszności!

– Chłopie, miałeś być 45 minut temu.

– No wiem, wiem, sorka, życie. Ale najważniejsze, że wpadłem, nie?

W sumie racja. Płacę, zostawiam 7 złotych napiwku. Chłopak wpada w euforię:

– Dzięki, nikt mi jeszcze tyle nie dał!

A to mnie zaskoczył 🙂

Otwieramy pojemniki z żarciem. Pachnie przyjemnie. Smakuje średnio. Mięso lekko niedopieczone, sosy trochę za bardzo zawiesiste – mam nadzieję, że Laska nie dodał do nich nic od siebie – ziemniaki raczej tłuste, ciężko je nazwać zdrowymi. Danie na trójkę, nic więcej.

Koleś sam je dowiózł, sam przyjął zamówienie, zakładam, że sam zrobił. I tak się zastanawiam: o co chodzi? Jakiś prywatny, jednoosobowy, nocny interes? A jeżeli tak, to jakim cudem opłaca mu się targać taksą żarcie, które kosztuje 43 zł? Dziwne, śmieszne, ciekawe, fascynujące. Czyli takie jak nasza kochana Polska właśnie.

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑