Jaka emerytura? Quentin, nie rób sobie jaj

Opublikowano Listopad 11, 2014 | przez Jaskier

Film 10584119_744942825560128_41710230_n

Opublikowano Listopad 11, 2014 | przez Jaskier

0

Wiem, że to staromodne i powinienem posiadać do tego jakąś nowoczesną aplikację, ale – wstyd się przyznać – prowadzę kalendarzyk. Wiecie, o co chodzi. Czerwony flamaster i zakreślanie szczególnych dat na kawałku papieru, który w zasadzie tylko szpeci moje ściany. Jednak sprawdza się doskonale. Zaznaczam zarówno rzeczy śmiertelnie ważne jak rocznice, urodziny i tak dalej, jak i te mniej – mecze i koncert, których ominąć nie mogę. Także daty polskich premier filmów, obowiązkowo Quentina Tarantino.

Dlatego z wielkim niepokojem przyjąłem informację, która zauważyłem na Twitterze: reżyser chce przejść na emeryturę. Dramat. Przecież to tak jakby Leo Messi (lub Cristiano Ronaldo – wersja dla drugiej strony mocy) powiedział: „Dobra, starczy. Nic już nie muszę jeszcze tylko dwa sezony i kończę ze strzeleniem goli. Jestem w najlepszym wieku dla piłkarza? Mam to w nosie”. Albo z innej beczki – Jo Nesbo ogłasza światu: „Pierdolę, nie nigdy więcej nie otworzę edytora tekstu. Jeszcze trzy książki i gońcie się”.

Szok.

– Chcę zostawić publiczność z niedosytem. Myślę, że reżyseria to zajęcie dla ludzi młodych. Chcę odejść, dopóki jestem w formie… Myślę, że to dobry pomysł, żeby zostawić po sobie 10 filmów, więc zostały mi do zrobienia jeszcze dwa. Chcę starzeć się z godnością – to cytaty z Quentina za deadline.com.

Generalnie: bla, bla, bla. Pamiętam, że kiedyś powiedział jeszcze, że najczęściej najgorszymi filmami reżysera są jego cztery ostatnie filmy. Z jednej strony, chyba powinien uszanować to, że facet chce odejść będąc na absolutnym topie. To w gruncie nawet uczciwe, że nie chce oszukiwać swojego widza i naciągać go na poniekąd wymuszone dzieła, w które nie włożył tyle wysiłku. Wielu reżyserów tak robi i jest to słabe. Z drugiej jednak, sorry, egoizm zwycięża i nie, tej decyzji uszanować nie potrafię.

Moja przygoda z jego filmami zaczęła się dość późno i przez przypadek. Ogólniak. Na nocne maratony filmowe do salki gimnastycznej chodziło się tylko po to, by wypić konspiracyjne piwo z kolegami i podrywać dziewczyny. Projekcja była tylko dodatkiem. Do momentu aż na coś, co miało robić za ekran, wjechały filmy Tarantino. Oczywiście takie Pulp Fiction widziałem już wcześniej, ale dopiero końska dawka czterech filmów pod rząd uświadomiła mi, że mamy do czynienia z geniuszem. Chociaż nie spałem całą noc, naprawdę ciężko było zasnąć, gdy wróciłem do domu.

W nieukształtowanej jeszcze, ale bardzo chłonnej głowie nastolatka dokonał się przewrót. Zupełnie jakby ktoś wziął mnie za rękę i tłumaczył, gdzie leży cienka granica między sztuką a kiczem. Cenne lekcja. Później było już tylko oglądanie tych samych filmów dziesiątki razy i rozpaczliwe próby zainteresowania tym wszystkich wokół. Co nie było proste, bo muszę dodać, że mówimy o małomiasteczkowej młodzieży, dla której często-gęsto kinowym Everestem były kolejne części „American Pie” lub „Oszukać przeznaczenie”.

Zapewne powinienem w tym miejscu pochylić się na warsztatem reżysera. Uzasadnić, dlaczego jego odejście będzie tak wielką stratą dla światowej kinematografii, ale wybaczcie – chyba nie ma potrzeby bym powielał napisane już w wielu miejscach słowa. Poza tym, bystrzy jesteście – wiecie o tym i bez tego. Parafrazując: Tarantino wielkim reżyserem jest, koniec kropka.

Puenta? Po przeczytaniu swoich wypocin stwierdziłem, że to trochę szlochy zrozpaczonego fana. I dobrze, tak miało być.

Mam nadzieję, Quentin, że tylko nas wkręcasz.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑