Jedzie pociąg z daleka, czyli dlaczego lubię szturmować Wars

Opublikowano Wrzesień 24, 2013 | przez Pato

z10994099Q,Wagon-restauracyjny-Wars

Bywają dni, kiedy można po południu siedzieć na dupie i od piętnastej oglądać polsatowskie seriale typu Trudne Sprawy albo Dlaczego Ja. Bywają dni, kiedy masz potężnego kaca i o tej porze zwykle po prostu śpisz. Niestety albo stety – ostatnio rzadko mogłem sobie pozwolić na jedno i drugie.

Wrocław, Kraków, Gdańsk – tak wyglądał mój tydzień, więc w miejsce kanapy pojawił się pociąg. I wiecie co? Wszystkie podróże przesiedziałem w wagonie restauracyjnym. Jedni lubią przedziałowe rozmowy o niczym, spokojne czytanie gazet, a ja lubię się napić, zjeść, mieć przed sobą kawałek stołu i oczywiście pośmiać się z ludzi, którzy mnie otaczają.

Ostatnia niedziela. Siedzimy w czwórkę praktycznie na wejściu do osławionego Warsu. Obok nas same dziwolągi. Chłopak z dziewczyną przez sześć godzin w ogóle się do siebie nie odzywają, bo tkwią w książce o zabawnej nazwie „Łamigłówki logiczne” („oni to intelekt, a my finezja” – mówi kolega). Za nimi facet o wyglądzie Baltazara Gąbki, który chyba nie zorientował się, że to jeszcze nie koniec podróży i wpierdala tak szybko, że sos spływa mu po koszuli. Dalej kilku odlanych z wosku biznesmenów i gwóźdź programu – typ czytający Dana Browna, który przez całą podróż kontroluje wzrokiem otoczenie, by ukradkiem dolewać do kubka własne piwa.

Ogólnie – tak mała przestrzeń, a tyle charakterów. Już choćby z tego powodu lubię jeździć Warsem, bo wraz z ilością przyjętego alkoholu rośnie prawdopodobieństwo, że COŚ się wydarzy. Czasem może to być poznanie urokliwej dziewczyny, do której z braku miejsca zawsze można się dosiąść. Czasem znalezienie kompana do picia albo kłótnia o to, że w Warsie nie można korzystać z laptopa, co jest absurdem, bo wystarczy wyjąć z torby tablet i zapchać kelerom ryj raz na zawsze.

No więc absurd goni absurd. Wars…

Jedno z nielicznych miejsc, gdzie poważny gość czyta poważne dokumenty, a obok niego typowy Mirek handlarz przedsiębiorca puszcza z telefonu disco polo. Jeśli obaj piją, jest szansa, że za chwilę ich światy się spotkają. Kiedyś nawet widziałem taką sytuację. Facet o wyglądzie profesora pił z facetem o wyglądzie beja, a gdy jeden wyszedł do łazienki (profesor), drugi opędzlował go z portfela. Skończyło się ciekawą przepychanką i zdaniem „Moi ludzie czekają na ciebie na przystanku”, co w ustach gościa o posturze Pana Kleksa tylko podkreśliło absurd sytuacji.

Było kilka takich historii. Czasami sam byłem głównym bohaterem, jak choćby wtedy, gdy okazało się, że z kumplem wypiliśmy całą zawartość barku i cały wagon patrzył na nas jak na debili. Rachunek – 218 złotych, co oczywiście jest najgorszym elementem podróży, ale przeważnie jestem w stanie ten fakt zaakceptować. Małe piwo za 8.50 to w zasadzie tyle samo, co piwo w pierwszej lepszej warszawskiej restauracji. Obiady za 22.90 – to samo.

W ogóle nie wiem, dlaczego tak dużo osób narzeka na jedzenie w Warsie, skoro wcale nie jest takie najgorsze. Sałatka z serem fetopodobnym zdarzyła mi się tylko raz. Przeważnie byłem zadowolony. Wegetariańską piadę możemy kupić już za dychę, żurek za dziewiątkę, a jajecznicę jakoś trochę powyżej dziesięciu złotych. Z pozostałych dań zawsze dawały radę placki ziemniaczane w sosie pieczarkowym (chyba 22 zł). Do tego wszystkiego brakuje jedynie wódki, chociaż pamiętam, że w pociągu do Pragi i takie luksusy się zdarzały. Nie muszę dodawać, że kilka godzin później wagon nabrał jeszcze ciekawszych kolorów = podróż ewidentnie przyspieszyła. I za to właśnie lubię szturmować Wars.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑