Cebulak się smuci, bo Autosan umiera. Wielkomieszczanie nie zrozumieją jego depresji…

Opublikowano Wrzesień 21, 2013 | przez Limonow

autosan-nakurwia

Wczoraj poczułem ukłucie i lekkie rozczarowanie. Nie powiem, że przeżyłem palpitację, ale już chwilową zadumę – na pewno. Wkradł się melancholijny nastrój, przez głowę przeleciało kilka fajnych historii. Od razu uprzedzam – warszawiacy, krakusy, gdańszczanie, inni gdynianie czy poznaniacy – nie zrozumiecie.

Macie te swoje tramwaje, szynobusy, trolejbusy czy inne metra. Komfort podróży 24/7, życie niepodporządkowane pod rozkład jazdy. A ja wychowałem się na Autosanie, który jeździł jak chciał, zawsze zawodził, ale nadal wspominam go z sentymentem. Biedak właśnie upada…

Być z Lubelszczyzny i nie mieć nic wspólnego z Autosanem, to tak jak nie wcinać tam cebularzy. Dla mnie to chyba dwa największe symbole tego wesołego regionu. Celowo nie chcę pisać o cebuli i słoikach, bo KIM JESTEM? JESTEM ZWYCIĘZCĄ!

Zwycięzcą był też kierowca, który leciał w przysłowiowe kulki i grał mi na nerwach. Nigdy nic się nie zgadzało. Chciałem się dostać ze swojej dziury do Lublina, to wychodziłem na chybił-trafił. I prawdopodobieństwo, że trafiłem akurat na jadący autobus graniczyło faktycznie z szóstką w innym „chybił-trafił”, w całkiem znanej loterii na L.

Ale do rzeczy – nie mogę powiedzieć, że samego autobusu nie lubiłem.

Mogłeś w nim – za przeproszeniem – pierdolnąć przy wejściu jak drzwiami od stodoły i nikt się nie obraził. Po prostu inaczej by się nie domknął. Mogłeś sobie machnąć firaneczką w upalną pogodę i mieć wszystko w dupie. Takiego komfortu nie znajdziesz w żadnym ZTM. Płaciłeś kierowcy 2,50 za 10-kilometrowy kursik, słuchałeś ulubionego albumu w słuchawkach i rozwalałeś się na tych epickich kanapach. Najbardziej epickich, na jakich siedziałem w jakimkolwiek pojeździe.

Serio.

Miałem przewózki Jeepami, Range Roverami, Corvettami, ale nigdzie nie było mi tak wygodnie. Co za pojazd! Dziś wiem, że wkrótce już nawet prywatni przewoźnicy oddadzą mojego ukochanego H9 na złom i zacznie się wewnętrzna rozpacz. Na razie są wyrzuty sumienia.

Przepraszam, Autosaniku. Nie chciałem.

Mija pewnie jakieś 6 lat, kiedy zarzygałem w nim trzy siedzenia. Teraz mi głupio, cofnąłbym czas, wziął gąbkę i z pietyzmem szorował. Tę zapyziałą, szkarłatną, oczojebną tapicerkę. Tak mi bliską. Kojarzy mi się z podróżami do pierwszej dziewczyny, kiedy przy -15 czekałem na niego godzinę, bo nagle przewoźnik rezygnował z dwóch kursów. Odmrożone palce, świszczące radio, oszronione szyby i jakieś komiczne proporczyki nad łbem kierowcy. Stal Poniatowa, Piaskovia Piaski, inna Końskowola. To było coś!

Cząstka mnie, cząstka mojej cebulackiej, ponurej, komiksowej mentalności (nie mam siły już krzyczeć „KIM JESTEŚ”, spojrzałem prawdzie w oczy). Kiedyś się go wstydziłem. Zapraszałem znajomych z Wrocławia i musiałem pchać ich w to żenujące gówno. Wówczas żenujące. Dziś oldschoolowe, jak ten słynny ogóras. No wiecie, Volkswagen.

21

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑