Jest ryzyko, jest przyjemność. Łamiemy zasady dotyczące picia alkoholu

Opublikowano Luty 20, 2014 | przez MB

sheen

Gdy Rafał A. Ziemkiewicz na łamach „Do rzeczy” wymądrzał się na temat picia, alkoholu zatęskniłem za Himilsbachem. Nawet dla tak prostej rozrywki, jaką jest upijanie się w sztok, społeczeństwo wymyśliło pewne zasady, wedle których powinno się przyjmować trunki wysokoprocentowe. Nie dajcie się nabrać. Ani propagandzie, ani Ziemkiewiczowi. Wszystkie te reguły powstały tylko po to, by zepsuć nam zabawę.

A że my lubimy bawić się na całego, raz na zawsze postanowiliśmy obalić najczęściej powtarzane przestrogi i zabobony dotyczące picia.

Powie ci to matka, powie nauczyciel, powie ci to kumpel z wojska – nie mieszaj. Phi! Bzdura. Tylko cieniasy nie mieszają. Alko we wszystkich kolorach tęczy musi się lać strumieniami z każdej strony. Nie mówimy przecież o wieczorku zapoznawczym w kole różańcowym, a o melanżu z najwyższej półki. Browar po dłuższym piciu muli i usypia, wina w klubach nie opłaca się kupować, wódka bardzo szybko kopie. Dopiero zestawienie tych trzech trunków zapewnia użytkownikowi odpowiedni stan.

Inna reguła jest bardziej liberalna w stosunku do mieszania, ale równie bełkotliwa co powyższa: jeśli mieszasz, to zaczynaj od najsłabszych alkoholi. Co za straszne nieporozumienie! Przecież już dziecko w piaskownicy dowiaduje się, że impreza nie przyjmuje tendencji wzrostowej, a jest alkoholową sinusoidą. Jest before, jest after, są momenty totalnego upojenia, zdarzają się przestoje, posiadówy, gadki szmatki, sex w kiblu, podboje parkietu. Tak jak każda potrawa w ekskluzywnej restauracji wymaga innego widelca, tak każdy z etapów imprezy wymaga innej dawki procentów.

Ale na pewno nie tych drogich. Ktoś, kto wymyślił bujdę o piciu wyłącznie alkoholi z wyższej półki, wcześniej musiał z tej półki z impetem spaść. Najebka musi przebiec jak najniższym kosztem. Nawet jeśli srasz hajsem jak Bill Gates albo lubisz nim szastać jak Charlie Sheen, pamiętaj, że na drugi dzień i tak będziesz żałował tego, że za zwykłą wódę dałeś więcej niż Kanye West za pierścionek zaręczynowy dla Kim Kardashian. Wóda to wóda, ważne żeby była zimna.

Choć dla niektórych ważne jest by była też smaczna. Co za ignorancja! Gdyby alkohol miał dobrze smakować, byłby sokiem porzeczkowym albo Fantą. Gdyby miał być pyszny i wyborny nie nazywano by go gorzałą, spirolem albo mózgojebem.

Utarło się też mówić, że zagrycha lepsza niż popita. Z tą teorią także pragnę polemizować, ponieważ po soku pomarańczowym nie weźmie cię na sranie, a po tatarze już tak.

Ale akurat przy tym upierać się nie będę. Dla jednych zrobienie stolca na imprezie to powód do wstydu, dla drugich przyjemna chwila zadumy.

A skoro przy zadumie jesteśmy. Podobno pierwszy stopień do alkoholizmu to zapijanie smutków. Ale spójrzmy na to z drugiej strony: nie zapijanie smutków to pewna depresja. Obniżenie nastroju, utrata zdolności odczuwania przyjemności, problemy ze snem, zmniejszenie apetytu, pesymistyczne postrzeganie przyszłych wydarzeń, utrzymująca się bezsenność, uczucie zmęczenia, poczucie nieuzasadnionej winy, obniżenie sprawności myślenia, obniżenie poczucia własnej wartości, myśli samobójcze. Po co to komu? Zapijanie smutków to przecież tylko pierwszy stopień.

Nawet jeżeli trwa od dwóch do trzech dni.

– Nie wchodź w cug, nie wchodź w cug – gadają. To nie cug tylko dobra passa.

Mamy nadzieję, że po lekturze tego artykułu już nigdy nie dacie się zwieść, a każda następna impreza będzie lepsza od poprzedniej. Podstawową i najważniejszą zasadą udanego melanżu jest zlekceważenie tzw. głosów rozsądku i Rafała A. Ziemkiewicza. Jest ryzyko, jest przyjemność.

– Pij tak żeby się nie upić. Ha! To po co w ogóle pić?

Komentarze


Tagi: , , , , , , , ,



Back to Top ↑