Żulczyk dla Wyszło: Jest w Warszawie pierwiastek wschodnioeuropejskiego burdelu

Opublikowano Grudzień 21, 2013 | przez Deszczowiec

Zulczyk

Było przy tym trochę biegania, ale w końcu usiedliśmy sobie w knajpie i pogadaliśmy. O życiu, książkach, Polsce jako takiej i Warszawie, będącej miejscem, w której żyjemy. Naszym rozmówcą był felietonista, pisarz, dziennikarz i bystry obserwator rzeczywistości, ale nade wszystko – po prostu fajny gość. Przed wami Jakub Żulczyk.

– Czy dziś warto jeszcze pisać (bo czytać zawsze warto) książki?

To jest pytanie, które zapewne zadaje sobie dzisiaj każdy autor, czy jego praca ma sens, czy to, co w ogóle robi, jest w jakikolwiek sposób komuś potrzebne. Ludzie przecież, jak coś, przeżyją bez książek. Ja jednak nie widzę tego głośno wieszczonego spadku czytelnictwa.

Owszem, naszych czasach wszyscy cierpimy trochę na rodzaj ADHD, jakiś deficyt, niedobór uwagi. Ludziom coraz trudniej skupić się na przeczytaniu książki, skoro wiele osób ma problem z doczytaniem do końca tekstu w sieci, dłuższego niż trzy tysiące znaków ze spacjami. Ale ludzie chcą nadal słuchać historii. Albo używają literatury tak jak zawsze – eskapistycznie, czyli chcą uciec od świata,  albo do pogłębiania wiedzy o nim.

 

– A nie masz poczucia, że dzisiaj pisanie jest jak wożenie drewna do lasu?  Literatury powstają dziś tony…

Jeśli ktoś chce Cię słuchać – i nieważne, czy jest to 50, 500 czy 50000 osób – to pisać zawsze warto. Jednak kiedy się pisze, to przychodzi zawsze taki moment obawy o zasadność dokładania kolejnych tekstów kultury do tej wielkiej puli, która już powstała, i ja ten lęk doskonale rozumiem. Przecież już tyle napisano. Gdybyś chciał przeczytać wszystkie wartościowe napisane do tej pory książki to nie starczyłoby ci pięciu żyć. Ale z drugiej strony, jest ktoś, dla kogo właśnie to twoja książka jest najważniejsza. Albo przynajmniej ważna. I dlatego warto. Zawsze warto.

 

– Przez to spiętrzenie, nagromadzenie dzieł, kultura staje się takim bigosem, w którym jest wszystko i nic.

Masz trochę racji, ale bardzo upraszczasz sprawę. Owszem, żyjemy w czasach, w których kultura zmieniła w miazmat, kiedy wszystko się przenika, nicuje i linkuje ze sobą. Ale tak naprawdę kultura masowa zawsze przetwarzała – a teraz robi to szczególnie mocno! – wątki z tzw.  kultury wyższej. Popatrz na to co robią Radiohead, Kanye West – to takie pierwsze z rzędu przykłady twórców raczej masowych, którzy sięgają jednak po awangardowe tropy, cytaty z piwnicy. Wszystko staje się przetworzeniem wszystkiego, ok, ale nie jest to w żadnym razie pulpa, te wszystkie zależności da się zrozumieć, wytłumaczyć. Oczywiście jest tego tyle, że dla przeciętnego odbiorcy może to być bardzo trudne, ale kultura nie jest chaosem, jest żywym organizmem, żywą przestrzenią, w niej zachodzą procesy, i te procesy są niekiedy bardzo interesujące.

Tylko że trzeba chcieć. Ale ja nie uważam, że my żyjemy w jakichś złych dla kultury czasach. Wszyscy chyba się zgodzą, że nigdy nie mieliśmy np. tak dobrych seriali, jakie mamy teraz!

 

– Ale nie mówisz chyba o POLSKICH serialach? Bo to, co jest obecnie kręcone woła o pomstę do nieba, a ludzie oglądają nakręcone 40 lat temu przygody kapitana Klossa.

Polski serial, polskie kino to brak dobrego tekstu. Trakuję dobrego story na poziomie postaci, ich wiarygodności, dialogu… W większości filmów i seriali mamy koszmarne złe dialogi. Nie we wszystkich, bo jakiś czas temu oglądałem np „Krew z krwi”, nakręconą dla Canal Plus i to jest naprawdę nieźle napisane, są bohaterowie, jest intryga, to jest żywe, z mięsem. Ale rzeczy, które powstawały 20, 30 lat temu były naprawdę dużo lepsze. Obejrzyj na przykład „Daleko od szosy”. To jest niby stara, PRL-owska ramota. Ale tam jest jakiś dramat, jakiś bohater, który się rozwija, zmienia, jakieś życie, decyzje, spójność psychologiczna, chcesz za tym iść. Nie mówiąc już o  np. „Domu”, bo to był wybitny serial.

 

– Co jest więc nie tak? Mamy gorszych scenarzystów niż 20 – 30 lat temu?

Nie wiem. Może ludzie nie umieją słuchać? Ja często żartuję, że może wynika to z tego, iż ci ludzie wychowywali się na dubbingowanych filmach na video. Nie słuchali oryginalnego dialogu, tylko dialogu przetłumaczonego na język polski. Z reguły przetłumaczonego bardzo źle. Mieliśmy kilu genialnych tłumaczy, jak np. Tomek Beksiński, który robił „Latający cyrk Monty Pythona”. Ale zazwyczaj leciano na tłumaczeniu byle jakim, albo zwyczajnie słabym i może przez to teraz mamy takie kwiatki. Ale to tylko taka moja odrobinę żartobliwa hipoteza.

 

– Aż się chce zapytać: czemu jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

Źle, dobrze… Ja byłby daleki od utyskiwania, że marność, marność, wszystko marność. Powstają rzeczy dobre, ciekawe i trzeba mieć tylko energię, żeby się przez to przebijać. Ale kiedy powiesz, że dzieje się źle, to zabrzmisz jak 70-letni dziadek, który stracił kontakt z rzeczywistością. Drażni mnie gadanie, że „kiedyś to bywało!”

 

– Czyli rzecz sprowadza się nie tyle do poziomu tworzonych dzieł, co do ludzkiego lenistwa?

Pamiętaj o jednym: dziś ludzie utyskują dziś na „Zmierzch” czy „50 twarzy Greya”, ale kultura zawsze miała różne stopnie. Zawsze były burleski, powieści groszowe, automaty do których wrzucałeś miedziaka, a tym był czarno-biały film jak chłop klepie kobietę po tyłku. Teraz jest „50 twarzy Greya”, ale w XX-leciu międzywojennym była „Trędowata”, tragiczne romansidło, na które utyskiwała cała krytyka, że szmira i breja, ale kobiety się zaczytywały, ludzie tę książkę sobie przepisywali ręcznie, bo nie mieli dostępu do egzemplarzy!

 

– Ale jak pomyślę, że za 50 lat ludzie będą puszczać Weekend i mówić „No, kiedy to się robiło muzykę” to mnie lekko skręca.

Uczepiłeś się. „Ona tańczy dla mnie”, to jest piosenka, która odniosła sukces, ale takie rzeczy zawsze były. Zawsze był pop, zawsze była ludyczna, biesiadna muzyka. Zresztą chcesz, żeby wszyscy słuchali Bacha i chodzili na Warszawską Jesień?

 

– Niekoniecznie, ale katowana w tym roku do wyrzygania Get Lucky” to też pop. Ale zestawić tego z rodzimą produkcją się jednak nie da.

Ok, nie da się. Tylko pamiętaj, że za Daft Punk stały potworne pieniądze, najlepsi sesyjni muzycy świata. To jest temat na potężna rozprawę: dlaczego nasza kultura jest upośledzona w stosunku do anglosaskiej, ale nie mamy na to chyba tutaj na to czasu i miejsca. Ale nie tylko nasza. Czeska, bułgarska, rumuńska też jest. Jesteśmy peryferyjnym, zgwałconym przez historię krajem z zaburzeniami tożsamości i taką też mamy kulturę; peryferyjną i trochę schizofreniczną.

 

– Ale o komercyjny sukces polskiego twórcy na świecie – z małymi wyjątkami – jednak jest trudno.

To nie jest tak, że nie ma u nas muzyka, który nie potrafiłby napisać takiej piosenki jak „Get Lucky”. Ale jest bariera językowa,. Jest to, że my często wytwarzamy podróbki tego, co już tam dawno mają, a po co im podróbka, jak mogą mieć oryginał.

 

– Myślisz, że doczekamy się w Polsce artysty na skalę światową? Takiego, który wjedzie z konkretnym tematem i zrobi sieczkę?

Cieszyłbym się, gdyby ktoś taki się pojawił, ale pamiętaj, ja nie jestem wróżbitą ani analitykiem. Nie chcę prognozować. Mi jest obce myślenie, że Polska będzie królem świata, ani dominującym na skalę globalną wytwórcą kultury. Nie będziemy ustalali kodu kultury. Tak samo jak Węgrzy, Gruzini czy Wietnamczycy. Dominuje kultura anglosaska, od biedy japońska albo francuska – i koniec. Ze względu na naszą hermetyczność, nasze niedookreślenie, brak wytworzonego spójnego języka. Najlepsze, co mogło się nam przydarzyć, to postać w rodzaju Romana Polańskiego. Osoba, która tworzy będąc w zasadzie artystą nie polskim, a światowym.

 

– Czyli naszym pechem narodowym jest to, ze jesteśmy Polakami?

Nie, to nie jest pech. Trzeba to w sobie zaakceptować. Po prostu. Ja w stu procentach akceptuję w sobie bycie Polakiem. Lubię to, że piszę i myślę po polsku. Jestem do tego tak przyzwyczajony, że nie myślę o tym, co byłoby lepsze, a co gorsze. Nie zmienię tego. Po co mam się nad tym zastanawiać?

 

– No tak, kiedyś sam powiedziałeś o sobie, że jesteś „patologicznym Polakiem”. Jak to rozumiesz?

Jestem tutaj i nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej. Mogę wyjechać, ale mieszkać na stałe poza Polska musiałoby być strasznie trudne. Źle bym się czuł, gdybym w sklepie rano nie mógł mówić po polsku i wiedzieć, że tak już będzie zawsze. Ja widzę bardzo wyraźnie, że nie jest to najszczególniejsze miejsce na Ziemi. Ale jestem stąd, i będę tu, i zrobię wszystko, żeby mi i moim bliskim było tu jak najlepiej. To naprawdę bardzo proste. Nie należy się nad tym ani roztkliwiać, ani hodować w sobie z tego powodu żadnych przesadnych emocji, nadmiernego, symbolicznego ultrapatriotyzmu albo odwrotnie, jakieś odrazy i nieszczęścia z powodu urodzenia w Polsce. Zresztą często jest tak, że to pierwsze to jakaś kompensacja drugiego… Polska bywa brzydka, głupia, ale jest domem. Po prostu.

 

– A gdybyś mógł miejsce tej, jak mówisz inkarnacji wybierać, to byłoby nim…?

Pewnie gdzieś, gdzie jest często ciepło, jest dużo dobrych knajp, dobre żarcie, nie jest za dużo ludzi, tak ot, idealnie. W Nowym Orleanie bardzo mi się podobało.

 

– Wychowywałeś się na Warmii, studiowałeś w Krakowie a mieszkasz w Warszawie. Nomada z Ciebie.

No ale W Warszawie już chyba zostanę na stałe na dłużej, tak mi się zresztą wydaje. Chyba, że zarobię dużo pieniędzy i postawię sobie dom pod lasem, ale wtedy nie wiem, czy nie ocipiałbym od ciszy… Nie zastanawiam się nad tym. Takie rzeczy w życiu nie są planowane.

 

– Dobrze Ci tutaj?

To dziwne miasto, uwikłane w różne swoje historii, ale lubię tu mieszkać. Mam tu przyjaciół, to najważniejsze ze wszystkiego.

 

– Na chwilę wróćmy do literatury. Przemysław Rudzki w swojej książce „Gracz” opisuje Warszawę jako dość ponure, mroczne miasto, pełne dziwnych układów i niebezpiecznych ludzi. Czasem śmiertelnie niebezpiecznych…

Szczerze mówiąc nie czytałem, więc nie odniosę się. Ale pamiętaj, że książki o miastach zawsze są jakimś odbiciem pisarza…

Ostatnio ja także zacząłem pisać książkę o Warszawie, jak łatwo się domyślić, niewesołą.  To trudne miasto, mroczne. Niektórzy bardzo łatwo się o nie rozbijają. Bywa ekstremalnie nieprzyjazne. Jest mocno obarczone historyczną traumą, przecież to miasto to jeden wieki cmentarz. Ale nic nie jest tu jednorodne.

 

– Sporo tych mrocznych kontekstów się nam nagle zrobiło. Czy z taką, a nie inną historią Warszawa ma pozytywną aurę?

Tutaj fajne jest to, że Warszawa to taki wielki koc ze skrawków. Z jednej strony jest pęd ku zachodowi a z drugiej jest silny pierwiastek tego wschodnioeuropejskiego burdelu. Jest w tym jakaś energia. Poza tym ludzie działają. To jest ich tutaj główny imperatyw. Ja lubię ruch sam w sobie. Może wynikać z niego zawsze dwojaka energia, zła albo dobra, ale Warszawa jest żywa, bardzo szybko się zmienia, przekształca, coś się w niej bez przerwy inicjuje, to jest wartość sama w sobie.

 

– Ostatnio chyba ta zła. 11 listopada nie był dniem pozytywnym, tylko pełnym niezrozumienia i agresji. Jesteś pisarzem, pewne rzeczy dostrzegasz… Skąd tyle gniewu i frustracji w naszych rodakach?

Bo są biedni. Bo karmią ich gównem z telewizji. Bo nie stać ich nawet na wakacje raz w roku, bo nie stać ich na normalne jedzenie, bo są skoszarowani w blokach, w Polsce B, gdzie nie ma pracy, gdzie jest brudno, gdzie jest syf. Bo są bez przerwy okłamywani. Bo ci, którzy czują to napięcie, wiedzą o tej biedzie, wpychają im do głowy populistyczne brednie, w tym również nacjonalistyczne, narodowościowe. Bo potrzebują wroga, wróg najłatwiej osadza ich w rzeczywistości. Nawet fantomowego. To podstawowe zasady sterowania dynamiką tłumu, ustawienie tego tłumu naprzeciwko jakiegoś przeciwnika. Co z tego, że ten przeciwnik jest mgławicowy. To nie ma znaczenia. Przecież ci ludzie latając po ulicy i krzycząc „pedały won” , oni w życiu na własne oczy pedała nie widzieli. Może Jacykowa w telewizji.

 

– A może to kwestia naszej głupio buntowniczej natury? Może w Polakach wciąż ten pierwiastek jest silny? Chociaż ostatni taki zryw to był też wkurz – na ACTA, w ub. roku.

Wszystkie bunty w historii miały, jak mi się wydaje, podłoże przede wszystkim ekonomiczne, i tak samo było w sprawie ACTA. Mowa o ludziach, którzy często żyją za 2000 miesięcznie, którym ktoś chce im zabrać dostęp do tych resztek kultury, które mają. Żyjemy, pracujemy na śmieciowych umowach, potem przychodzimy do naszych zakredytowanych na 40 lat kawalerek i przynajmniej mamy te seriale, które możemy sobie obejrzeć w sieci. A jak chcecie nam zabrać jeszcze i to? No pasaran! Spójrz na to na tym poziomie. Czy jest miejsce na bunt? Poczekaj, aż jeszcze zbiedniejemy.

 

-No to na koniec: co warto obejrzeć, czego posłuchać i co poczytać.

Bardzo dużo rzeczy. Mógłbym ci wymieniać w nieskończoność. To może po jednym przykładzie – warto obejrzeć serial „The Wire”, poczytać dzienniki Sandora Marai, posłuchać polskiego zespołu UL/KR, bo to bardzo dobry zespół.

 

Gdybyś miał w 3 słowach opisać pokolenie polskich 30-latków, to jakie byłyby to słowa?

Nie ma czegoś takiego, jak jedno pokolenie polskich 30-latków.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑