Jestem facetem, który lubi prasować, pastować buty i gotować

Opublikowano Czerwiec 18, 2013 | przez ZP

zelazko552

Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że jestem oryginałem. Lubię prasować, czyścić obuwię i gotować. Często spotykam facetów, którzy odnajdują się w ostatniej z tych czynności, ale naprawdę rzadko wpadam na ogarniających z przyjemnością cały ten „triathlon”. Co ciekawe, jeszcze do niedawna byłem we wszystkich tych kwestiach totalnym lamusem…

Co sprawiło, że się zmieniłem? Pozwólcie, że przedstawię wam trzy niezbyt długie historie.

GOTOWANIE

Wiadomo, do osiemnastego roku życia człowiek jedzie na zupkach oraz schaboszczakach mamusi i babci, więc temat kuchni zupełnie dla niego nie istnieje. Potem wszystko zależy od tego, jak się ustawisz. Czy będziesz mieszkać sam, czy z utalentowanymi kulinarnie kumplami, czy będziesz miał kasę na żarcie w mieście, czy też nie, czy skumasz się z jakąś panną na kwadracie.

Mi fart dopisywał. Zawsze albo miałem hajs na restauracyjki – zacząłem zarabiać jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności, głową nie dupą – albo dzieliłem lokum z ludźmi, którzy w kuchni odnajdowali się niemal tak dobrze, jak Robert Makłowicz.

I nagle nastały ciężkie czasy. Gdzieś tak koło 25 roku życia, w wyniku różnych zdarzeń, zabrakło mi jakiegokolwiek współokatora. Oraz, w związku z pracą, czasu na szlajanie się po knajpach. Zacząłem więc żreć najprostsze rzeczy – banany, jogurty, mrożone warzywa i inne zupki z proszku.

Błąd.

Po pewnym czasie czułem się gorzej, a dodatkowo złapałem pare zbędnych kilogramów.

Kiedy wszystko wskazywało na to, że stanę się małym słonikiem, poznałem ciekawą kobietę. Otwartą nie tylko na łóżkowe, ale i kuchenne eksperymenty. Efekt? Zobaczyłem, że zrobienie kurczaka w miodzie lub też kilkunastu rodzajów past naprawdę nie jest czymś ciężkim. Do tego czasu miałem do gotowania podejście niczym emeryt do Internetu – że to coś niezwykle trudnego do ogarnięcia, zupełnie nie dla mnie, więc nawet nie ma co próbować.

Raptem zrozumiałem, że to było idiotyczne założenie.

Regularne przyrządzanie potraw nie tylko poprawiło (czytaj zmniejszyło) wielkość mojego bełcuna, ale zaczęło mi sprawiać przyjemność.

Podobnie jak PRASOWANIE

Pamiętam z dzieciństwa jak mama ogarniała żelażkiem ciuchy dla całej, pięcioosobowej rodziny. Miałem wrażenie, że męczy się z nimi w nieskończoność, dlatego ta czynność wydawała mi się wyjątkowo beznadziejna, gorsza nawet niż pranie czy zmywanie naczyń, którego de facto nienawidzę do dziś.

I co? I nagle po latach zorientowałem się, że mam w szafie koło czterdziestu koszul, permanentnie wygniecionych, bo nie chciało mi się z nimi nic robić. Tłumaczyłem to sobie tak: przecież taki niedbały styl doda mi uroku.

Guzik prawda, kobiety lubią jednak mężczyzn zadbanych, a nie wymiętych jak psu z gardła.

Poprasowałem raz, drugi, trzeci i nagle uznałem, że ta czynność… zajebiście mnie relaksuje. Potrafię robić to przez wiele długich minut i nie myśleć o niczym albo odwrotnie: planować sobie np. co chce zrobić kolejnego dnia.

Dodam, że ruchy dłoni mam pewne, chyba nawet lekko automatyczne, dlatego jeszcze nigdy zaliczyłem dramatu w stylu „marzył o niebieskich migdałach, tymczasem przejechał sobie żelażkiem po palcach”. Palcach, które są przecież potrzebne także wtedy, gdy wykonujemy

PASTOWANIE BUTÓW

Już od maleńkości lubiłem mieć czyste obuwie. Kiedy w przedszkolu zabłociłem buciki, płakałem jakbym stracił ukochaną zabawkę. A gdy dziadek pokazywał mi, jak je czyścić, czułem, że to coś wspaniałego. Majestatyczna czynność okraszona pięknym zapachem pasty – tak to odbierałem. Nie przeszkodziło mi to oczywiście chodzić przez całe LO w usyfionych butach, głównie dlatego, że były to jednak materiałowe trampki, w tamtych czasach gówniarz rzadko zakładał na stopy skórzane pantofle.

Na studiach to się zmieniło, a kiedyś, gdy spacerowałem sobie starówką, usłyszałem wypowiedziane pewnym głosem zdanie: pańskie buty wymagają czyszczenia. Sprawię, że zaczną wyglądać jak nowe.

Wypowiedział je młody człowiek w okularach, otoczony dziwacznymi przyrządami. Pucybut.

Uznałem, że właściwie to dlaczego by nie spróbować, było ciepło, słonecznie, miło, z przyjemnością więc usiadłem na wcześniej przygotowanym dla klienta stanowisku. Im dłużej je okupowałem, tym bardziej byłem zachwycony precyzją i pasją z jaką działał rzeczony chłopak. Zachowywał się tak, jakby celem jego życia było wyczyszczenie na glanc wszystkich pantofli tego świata.

Podpytałem go trochę o technikę czyszczenia obuwia, a następnie kupiłem sobie pare niezbędnych do uprawiania tej czynności gadżetów. Przez pewien czas szło mi oczywiście średnio, od klasy pucybuta dzieliło mnie tyle, co Jolę Rutowicz od Beaty Tyszkiewicz, ale z czasem zacząłem łapać o co kaman.

I jednocześnie… szukać „ofiar” na których mogłem praktykować moje mini-hobby. Nie wyszedłem oczywiście na ulicę w poszukiwaniu klientów, ale każda moja dziewczyna imponowała koleżankom np. idealnie wypielęgnowanymi kozakami na których próżno było znać śladów tej piekielnej soli, z taką lubością rozsypywanej zimą po naszych ulicach.

Dlatego pewnie po ewentualnym zerwaniu laski bardziej niż za moim charakterem tęskniły za zdolnymi paluszkami, sprawdzającymi się dobrze w domowych warunkach.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑