Jesteśmy jednym z najbardziej przepracowanych narodów na świecie. Mnie to nie dziwi

Opublikowano Lipiec 20, 2013 | przez Diabeu

kibel

Żyjemy w kraju, w którym, by móc prowadzić życie na godnym poziomie, trzeba: kraść, kombinować, mieć bogatego starego, albo po prostu zapierdalać.

W ostatnich dniach internet obiegła informacja: Polacy na liście najbardziej przepracowanych narodów na świecie! Według CNN/Money zajmujemy na niej 6. miejsce. Na pierwszym są Meksykanie, ale do tamtejszych realiów jest nam jeszcze daleko. I co? I nic. Albo trzeba się z tym pogodzić, albo zaakceptować skromne, pozbawione przygód i większych przyjemności życie.

Wybaczcie, ale nie pokuszę się o wyszukaną analizę danych przedstawionych we wspomnianym raporcie. Zamiast tego pozwolę sobie napisać, że faktycznie – po sobie i sporej części swoich znajomych zauważam pewną prawidłowość: kto nie zapierdala, ten nie zarabia. A już na pewno nie za dużo.

Może ta moja obserwacja wynika z tego, że obracam się głównie w gronie dziennikarzy i osób związanych z mediami. Kumate osobniki wiedzą, że praca w tej branży rzadko kiedy przynosi takie profity, o jakich potencjalni kandydaci na studia dziennikarskie marzą w swoich mokrych snach. I nie mam tu na myśli bezmyślnego klepania newsów po 5 zł brutto za sztukę, tylko poważne, dziennikarskie zajęcia, które często są niestety bardzo słabo wynagradzane.

Pracuję w jednym z dwóch największych wydawnictw w tym kraju (pełen etat, 8 godzin dziennie, pięć dni w tygodniu), ale drugą, a czasami nawet trzecią wypłatę dorabiam dzięki dodatkowym zleceniom. I dzięki temu mogę żyć na poziomie, który nie wymaga ode mnie liczenia każdej pieprzonej złotówki. Nie jestem jakimś jebanym krezusem, ale stać mnie na to, żeby opłacić rachunki, pojechać na wakacje, zjeść z dziewczyną dobry obiad na mieście, pójść do kina, zatankować samochód, kupić nową grę na PS3 i jeszcze trochę odłożyć na czarną godzinę. I szczerze mówiąc, nie chciałbym już zejść poniżej tego poziomu, co wcale nie oznacza, że moim głównym priorytetem w życiu jest pławienie się w luksusach. Ja chcę tylko czerpać z niego przyjemność, bez zbędnego oglądania się za sibie.

To wszystko ma jednak swoją cenę. Są takie dni, w których jestem tak przepracowany, a mój mózg tak przeładowany zadaniami, że mam ochotę rzucić to wszystko i polecieć w kosmos śladami psa Łajki. Trzy dni z rzędu potrafię wracać do domu po ośmiu godzinach pracy przed komputerem i z biegu siadać do sześciu godzin kolejnej. Później potrzebuję już tylko odpoczynku, ale przynajmniej dysponuję środkami, dzięki którym mogę go sobie maksymalnie umilić. Jestem w stanie taki deal zaakceptować.

Nie będę ukrywał – w momentach, w których zlecenia pukają drzwiami i oknami, czuję się przepracowany jak cholera. Prawdziwy zapierdol zaczyna się dopiero wtedy, gdy po ośmiu godzinach przy biurku wracam z redakcji do domu. Choć rzecz jasna nie mogę mieć pojęcia o tym, co oznacza przepracowanie w wykonaniu gościa, który przez 12 godzin dziennie nosi pustaki na budowie. Ale właśnie dlatego jestem na tyle dobry w tym, co robię (bo robię to już prawie 10 lat), żeby te pustaki układał ktoś inny, a mi chcieli płacić za stukanie w klawiaturę.

Żeby była jasność: robię to wszystko z własnej woli i nikt mnie do tego nie zmusza. A wręcz przeciwnie – cieszę się, że los był dla mnie na tyle łaskawy, że w 2013 roku potrafię żyć na całkiem niezłym poziomie z dziennikarstwa. Czyli czegoś, co już dawno temu straciło swoją wartość. Zawód pismaka obecnie mało komu jest w stanie zagwarantować sensowną kasę. Czasem żałuję tylko, że pieniędzy, za które miałbym wszystko, czego potrzebuję, nie płaci mi mój główny pracodawca, tym samym momentami niejako zmuszając mnie do poszukiwania czasu, którego nie mam. No ale jak już wspominałem, nikt mnie do tego nie zmusza, robię to wszystko z własnej woli.

Jestem tego pewien: należę do grona osób, które zapewniają Polsce 6. pozycję na liście najbardziej przepracowanych narodów na świecie. Mam jednak to szczęście, że naprawdę lubię swoją pracę, a momenty, w których szczerze jej nienawidzę, zdarzają się na szczęście dość rzadko. I po kilku dniach ostrej harówki zawsze przychodzi zadowolenie z tego, że teraz przyszedł czas na przyjemności, których nie muszę sobie odmawiać. Nie jest to może układ idealny, ale nie mieszkamy w Niemczech, więc trzeba sobie jakoś radzić. Niektórzy po prostu mają dużo, dużo gorzej – a przy odrobinie nieszczęścia na ich miejscu mógłby być każdy z nas.

A jak jest z Wami? Też jesteście przepracowani?

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑