Jesteśmy z Polski. I jesteśmy łatwe

Opublikowano Maj 17, 2013 | przez ZP

latweee

To raj dla obcokrajowców. Nie musisz być mądry, przystojny ani bogaty. Wystarczy, że jesteś spoza Polski. I już, zawsze znajdzie się taka, która da ci dupy.

Wcale się nie cieszę, że piszę ten tekst. Wolałbym zamiast niego spłodzić np. pean pochwalny na cześć naszych młodych dziewczyn. Że są szlachetne, mądre, dowcipne, szanujące się. Czasem zaszaleją, ale generalnie to trzymają fason. Zajebiste babki, typ sanitariuszek i łączniczek z Powstania Warszawskiego.

Gdybym jednak to zrobił, byłbym hipokrytą. Nie jestem, więc od tego fragmentu naprawdę przestanie być miło.

Będzie brutalnie, bo szczerze:

MŁODE POLKI SĄ ŁATWE.

Niestety. Oczywiście nie wszystkie – zakładam, że żyją jeszcze w tym kraju przyzwoite kobiety przed trzydziestką, obojętnie czy są to żony, studentki, czy licealistki.

Nawet jeśli tak jest, ja z perspektywy Warszawy niemal ich nie dostrzegam. Co natomiast widzę – np. w galeriach, barach i klubach – to szaleństwo w oczach, pomieszane z kurestwem, na widok pierwszego lepszego obcokrajowca.

Zasada jest taka: jesteś spoza Polski, musisz być fajny.

Najatwiej mają południowcy. Jeśli jesteś Włochem, Grekiem, Hiszpanem lub Portugalczykiem, na dodatek szczupłym, młodym, jeszcze niewylniałym, masz to „hipnotyzujące” spojrzenie, to już pozamiatane. Przez pół roku pobytu w Warszawie wydymasz więcej moich rodaczek niż wypijesz piw. W pewnym momencie będziesz musiał niemalże wyganiać je z łóżka.

Tak, poczujesz się jak jebana gwiazda rocka.

A po powrocie do ojczyzny czeka cię pewnie sześć miesięcy terapii u psychologa – w Lizbonie, Rzymie czy Madrycie nie będziesz już takim gościem, staniesz się jednym z wielu, co momentalnie doprowadzi cię do depresji.

Nasze niewiasty nie wzgardzą też północną częścią Europy. Wiadomo – ten biedny Skandynaw przyjechał z zimnego, smutnego kraju, w którym ciągle jest ciemno. Trzeba go jakoś pocieszyć, co  by chłopak nie popadł w permanentną załamkę. Najlepiej, naturalnie, okładem z młodych piersi.

Polki doceniają również Amerykanów, Brytyjczyków i Rosjan. W tym miejscu spróbuję zamienić się na chwilę w jedną z naszych „dam” i zrozumieć, dlaczego:

Nieistotne, że obiekt moich westchnień ma akurat dwudziestokilogramową nadwagę, wynikającą z tak zwanej żelaznej konsekwencji: od lat nie wpierdala niczego poza fast foodami. Przecież ten koleś, który tańczy akurat obok mnie, pochodzi z NYC. Rozumiecie to? Z NOWEGO JORKU! Co z tego, że obok mnie stoi atrakcyjny Polak, to pewnie jakiś wieśniak z Przemyśla, ja tu trafiłam na prawdziwego światowca. Może jak mnie dziabnie, zaprosi kiedyś do siebie? Na pewno ma apartament na wyczesie na Manhattanie, warto to sprawdzić.

No a ten Angol? Średni, ale jak teraz okiełznam jego Big Bena, to może kiedyś pokaże mi też tego londyńskiego, w przerwie pomiędzy zakupami w Soho? Nie ma co myśleć, trza się wypiąć. Działam.

Rusek. Z nim to jest, kurcze, ciężka sprawa. Czerwony jak cegła ryj, nie tylko od whisky, ale i innych trunków. Złoty łańcuch na szyi, od którego sam Jay-Z zgarbiłby się tak, że wyglądałby na Dzwonnika z Notre Dame, jakiś taki tandenty ubiór, ale… diabli go tam wiedzą. Wiadomo, że ten kraj wyprodukował wielu oligarchów, a może trafiłam na jakiegoś bratanka Abramowicza? Warto to sprawdzić.

Nie znam toku myślenia Polek, ale domniemuję, że tak to właśnie wygląda w przypadku tych mniej atrakcyjnych ziomków.

Jest jeszcze jeden ubóstwiany u nas rodzaj obcokrajowca: hebanowy plejas. Diamentowy (ha ha ha) kolczyk w uchu, fryzura typu wczesny Will Smith… uwaga, znów robię za kobietę:

te ruchy, ta pewność siebie, te słowa, och jak ciężko je wyłapać, jak on niedbale nimi żongluje, jak bełkocze, widać, że mu nie zależy, wariat jeden. No i twardziel. Tak, zdecydowanie, to jest koleś. Pewnie, podobnie jak 50 Cent, wyłapał w życiu kilka kulek. Tylko jak ja to sprawdzę? Muszę go rozebrać, no inaczej się nie da. A przy okazji zobaczę, czy oni mają tak dużego, jak ostatnio wspominała mi Karolina, hihi.

Do prawdziwego dramatu dojdzie, gdy taka laska jest wegetarianką i trafi jej się dowcipny ciemnoskóry lover, który podczas stosunku wybuczy:

– Hej, mała, a jak się czujesz mając w sobie tyle mięsa, co? Ha ha ha.

A, zapomniałbym. Surfer. Blondowłosy Australijczyk lub inny Nowozelandczyk o tak absurdalnie białych zębach, że bez przeciwsłonecznych oksów nawet nie podchodź, bo dostaniesz zapalenia spojówek.

Spotkałem ja takiego kiedyś w klubie. Z rok temu. Po dwóch minutach utonął w morzu polskich rąk, nóg i piersi. Niby taki kafar, a fala ciał zmiotła go z powierzchni w okamgnieniu.

Moim zdaniem rodzina szuka go do dziś. Sto procent, że zdjęcia tego gościa wiszą gdzieś w Sydney z napisem „ktokolwiek widział, kotokolwiek wie”. A wiedzą Polki, które zapewne więzią go w jakimś akademiku, przywiązanego do łóżka, służącego za seks maszynkę do zaspokajania całych wydziałów.

Podsumowując: kurestwo szerzy się u nas w szybszym tempie niż gruźlica w XIX-wiecznym Londynie. Jak tak dalej pójdzie, żeby poznać normalną, fajną dziewczynę z Polski, która nie ma na liczniku tylu obcokrajowców co 20-letnie auto kilometrów, trzeba będzie… no właśnie, co? Podjeżdżać furami pod gimnazja i wyrywać szesnastki, jeszcze niezdemoralizowane przez system? Kiepsko, one są już po tylu słoneczkach, że też średnio kuszą.

Wydaje się, że jedynym rozsądnym wyjściem będzie jednak emigracja. Najlepiej do Włoch, Hiszpanii lub Portugalii, tamtejsi ruchacze rozjechali się po świecie, więc dziewczyny cierpią na chwilowy deficyt mężczyzn. Jest to jakas nisza, w którą możemy się, drodzy panowie, wstrzelić.

 

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑