Jeszcze książka nie zginęła!

Opublikowano Maj 26, 2014 | przez Dżordż

ksiazkaaa

Kolejka jest długa jak po mięso w PRL-u. Ludzie są ewidentnie podekscytowani, znać, że czekają na coś niezwykłego. Wyprzedzam jednego po drugim aż dostrzegam, że na początku nie ma żadnego luksusowego towaru. Jest za to człowiek, dla mnie kompletnie nieatrakcyjny, zarówno na poziomie wyglądu, jak i umiejętności – Katarzyna Grochola podpisuje swoje „arcydzieła”.

Szał, jaki wywoływali nieutalentowani acz popularni pisarze to jeden z trzech minusów, które dostrzegłem na zakończonych właśnie Warszawskich Targach Książki. Drugim była dzieciarnia, która plątała się człowiekowi pod nogami.

Czujesz się podekscytowany jak Burliga w Las Vegas, cały czas zerkasz na boki na różne wspaniałe tytuły, a tu co chwila napatacza się jakiś gówniarz. Masz ochotę trzasnąć bachora po głowie, ale nie robisz tego z jednej prostej przyczyny – nie wiadomo czy tatuś jest równie mikrych rozmiarów. Lepiej tego nie sprawdzać, podobnie jak lepiej nie rwać lasek, które wpadają kupować książki. Owszem, czasem na targach trafi się jakaś natchniona artystka, ale to rzadkość, poza tym takie liczą raczej na to, że upolują autora, a nie literaturofila. Podczas takich imprez można jednak głównie spotkać typowe mole, które wyszły ze swoich siedlisk w dwóch celach: kupić kilka dzieł i dorwać jakiegoś chłopaka, który też lubi czytać.

Dziękuję, postoję.

No ale żeby nie było zbyt pesymistycznie, trzeba napisać, że Warszawskie Targi Książki to jest jednak impreza z najwyższej półki. Różnych tytułów jest więcej niż kobiet w haremie każdego arabskiego szejka. Odnajdą się tu i pasjonaci antykwarycznych, specyficznie wyglądających i pachnących staroci, i fani książek nowych, zachwycających okładkami i (rzadziej) treścią. Jeśli ktoś ma środki, może tu stracić sporo kasy. Oczywiście nie tyle co w Cocomo czy innej Enklawie, ale jednak znam przynajmniej trzy osoby, które wydały w tym roku w stolicy po 200 zł na pozycje autorów znanych, ale i nierozpoznawalnych, których dzieła zachwalali liczni sprzedawcy.

A właśnie, na targach bywało zabawnie, głównie wtedy gdy przy niektórych punktach siedzieli pisarze tak anonimowi, że mieli na stolikach… karteczki z nazwiskami. Brr, coś strasznego, zupełnie jakby przedstawiać się w nowym towarzystwie „dzień dobry, jestem aktorem”.

Śmiesznie było też, gdy kupcy targowali się z antykwariuszami o ceny książek. Widziałem taką rozmowę:

– Panie, całe 8 zł za tę książkę? Bądź pan człowiekiem, opuść do czterech, starczy mi na Żywca.

– Sprzedam za sześć i kupi pan Królewskie.

– No, niech będzie.

Jak widać literatura i alkohol chodzą ze sobą w parze nie tylko na poziomie pisarzy, ale i dystrybutorów oraz klientów. Dobrze, ale jeszcze lepiej, że ludzi nadal jara czytanie, czego dowodem dziesiątki tysięcy osób na Narodowym, które nie wahały się zapłacić za wstęp na targi. Papierowe książki –  mające swój specyficzny zapach, wygląd i,  czasem, wagę, która może zabić gdyby dzieło spadło na czyjąś głowę powiedzmy z czwartego piętra – to jest jednak to!

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑