Jeździłem Tico i się tego nie wstydzę. Wspomnienie pierwszego auta

Opublikowano Styczeń 8, 2016 | przez Tomas

1

Pamiętacie swój pierwszy samochód? Jego jeden niewłaściwy dźwięk – jakieś dziwne chrząknięcie czy przyduszenie – potrafił wywołać u człowieka gęsią skórkę i momentalną gotowość do odmówienia zdrowaśki. To były czasy!

Są rzeczy, których nigdy się nie zapomina. Pierwsza dziewczyna, pierwsze obejrzane porno, no i of course pierwsza fura. Kupiona za odkładane do skarbonki złotówki, przekazana „w spadku” od dziadka – nieważne, chociaż tę za swoje zawsze szanuje się dwa razy bardziej. O ile nie macie taty-milionera, rodzice przesadnie was nie rozpieszczali, a przed osiemnastką nie rozkręciliście własnego biznesu, wiecie o czym piszę. Że najczęściej udzielaną przez was odpowiedzią, gdy ktoś wymownie wskazał palcem na waszą maszynę, było: „Ciasne, ale własne”.

Ciasne, powypadkowe, z uszkodzonym ogrzewaniem, spalające dziesiątki litrów paliwa. Myślę, że każdy mógłby zaliczyć swoje premierowe auto do którejś (a może więcej niż jednej?) z tych kategorii.

Moje było ciasne. Niby mieściło się pięć osób, ale umówmy się: tylu ludzi o przeciętnej wadze nigdy by się tam nie zmieściło. Niby istniał bagażnik, ale po włożeniu koła zapasowego – zupełnie jakby go nie było. Niby zrywny i z nie najgorszym startem, ale dopiero przy założeniu, że siedzi w nim tylko kierowca. Niby palił niedużo, ale i tak nie starczało kieszonkowego, by go zatankować. Niby dało się nim pokonać dłuższą trasę, ale bezpieczniej było nie wyjeżdżać poza miasto. Niby znajome nastolatki powinny się jarać, że ich rówieśnik czymś jeździ, ale uwierzcie – w tym przypadku ta zasada nie obowiązywała.

Ok, czas wyrzucić to w końcu z siebie, czas na coming out: tak, jeździłem Tico. W czasach liceum, ale jeździłem. Tak, tym Tico.

Zielonym. Z mocą silnika równą 41 koni mechanicznych. W gazie. Z najtańszymi częściami do samochodu na rynku. O wadze bodaj 650 kilogramów. O takiej grubości drzwi, że nawet przy zamkniętych szybach odnosisz wrażenie, iż siedzisz w przeciągu. O tak niskim podłożu, że stojący obok jeep miał zderzak na wysokości mojej twarzy. O niesamowitym zrywie na światłach – niestety, tylko na kilkadziesiąt metrów przewagi nad resztą. Czas do setki? Brak potwierdzonych danych. Dobra, to ostatnie to żart…

Tak, jeździłem Tico. I żyję. Z centrum Polski jeździłem w góry czy nad morze. I wracałem cały. Na autostradzie „pędziłem” kiedyś 130 km/h, a kolega dopytywał: „Jesteś pewien, że powinno tak trząść? Może zwolnij?”. Nie zrobiłem tego, a auto jakimś cudem się nie rozklekotało.

Powtarzam: w czasach licealnych, kiedy na nic więcej nie było mnie stać, jeździłem Tico. Jednym z najbardziej niebezpiecznych samochodów, najwolniej się rozpędzających, najmniej działającym na dziewczyny… Ale przecież z tym pierwszym autem to trochę jak z babcią: czasem strasznie cię irytuje, ale koniec końców, po latach, wspominasz je (ją) z sentymentem. A jaka fura była dla was tą debiutancką? Piszcie, jestem ciekaw.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑