Kac Vegas III – zdecydowanie najsłabszy film całej serii

Opublikowano Czerwiec 11, 2013 | przez ZP

kw3

Są filmy, które pozwalają ci zapomnieć o całym bożym świecie. Możesz mieć 20 tys. długu w banku, żonę z trzydziestokilogramową nadwagą albo sąsiada drecha, który nocami napierdala techno, ale nic to, idziesz do kina i bawisz się tak dobrze, że o tym nie pamiętasz. Taki właśnie odlot osiągnąłem podczas oglądania dwóch pierwszych części Kac Vegas.

Najarali się wysokogatunowej trawki? A może spili dobrą whisky? Ewentualnie mogli połączyć obie te przyjemności.

OK, tylko  teoretyzuję, tak naprawdę nie wiem jakim cudem scenarzyści dwóch pierwszych części osiągnęli ten zajebisty efekt, w sumie to nieistotne. Najważniejsze, że podczas oglądania I i II widzowie rżeli ze śmiechu. Widziałem w kinie chłopaka, który brechtał się tak bardzo, że… dostał krwotoku z nosa. Inny z kolei krzyknął do dziewczyny, z którą przyszedł, że musi pędzić do łazienki bo nie wytrzyma i zaraz popuści.

Tak właśnie powinny działać na ludzi świetne komedie.

Na Kac Vegas III szedłem z taką dawką dobrej woli, jaką ma się do spotkanych na ulicy wolontariuszy w pierwszej godzinie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Przed seansen ignorowałem tego małego diabełka, który gdzieś tam z tyłu głowy ciągle szeptał mi do ucha zdania w stylu: nic nie zdarza się trzy razy.

– Guzik prawda, aktorzy są ci sami co wcześniej, scenariusz napisali ludzie, którzy spłodzili część drugą, więc będzie dobrze – odpowiadałem mu.

No i dupa blada.

Już po trzydziestu minutach wiedziałem, że Kac Vegas III to nie ta liga co poprzednie części. Jeśli porównalibyśmy tamte do pięknej, długonogiej blondynki, która na dodatek ma w głowie dużo oleju, to ta jest korpulentną, przysadzistą, przygłupią brunetką. I w związku z tym irytuje po niedługiej chwili tak bardzo, jak wspomniani wolontariusze WOŚP-u gdzieś koło 16, kiedy to po raz trzysetny podchodzą do człowieka z puszką.

Główny zarzut do trójki: po prostu jest mało zabawna. Siedziałem w kinie i czekałem na erupcję dowcipu, i nic. Po kwadransie, po półgodzinie, po 60 i 90 minutach nie uświadczyłem niczego spektakularnego. Owszem, kilka razy delikatnie się roześmiałem robiąc dyskretny, millerowski półksiężyc, ale cóż to jest w porównaniu z poprzednimi częściami, podczas których banan właściwie nie schodził mi z ust nawet na minutę?

W I i II scenarzyści jechali po bandzie, ich pomysły były totalnie odjechane, patrz zakoszenie tygrysa Mike’owi Tysonowi, które doprowadzało 99% widzów w sali do ekstazy. W III brakuje takich jazd, ten film jest od początku do końca przewidywalny, ani razu nie zaskakuje, nie ma w nim jednej pojebanej akcji, po której wykrzyczysz: o jaaaa, wow, ja pierdolę.

Dokumentnie popieprzony Alan w Kac Vegas III nie jest tak dziwaczny, jak wcześniej, Doug prezentuje się jeszcze nudniej niż zwykle, Phil cały film jest jakiś taki wycofany, bezbarwny, a Stu chyba już na dobre popadł w stomatologiczną rutynę. Fakt, że Pan Chow to nadal niezły pojeb, ale umówmy się jeden Azjata z mikropenisem to trochę za mało, żeby utrzymać wielomilionową produkcję, której nie ratuje również znakomity zazwyczaj John Goodman. Grubaśny Amerykanin z talentem równie pokaźnym co waga wypada tu tak samo blado co pozostali, niestety.

Jeśli już musicie iść na ten film do kina, weźcie sobie dziewczynę/koleżankę. Jak będzie nudno, a uwierzcie, że będzie, to chociaż zabijecie sobie czas słodkimi buziaczkami – gdzieś tak po godzinie seansu wszystkie pary siedzące wokół mnie po prostu olały ekran i poleciały w ślinę, coś czuję, że uderzycie w te same tony.

Ja niestety nie mogłem tego zrobić, ponieważ popełniłem błąd taktyczny – wybrałem się na Kac Vegas III ze szwagrem.

Komentarze

Niespodziewane zwroty akcji
To szalone Las Vegas
Alan i jego dziwactwa
Forma Bradley'a Coopera

Podsumowanie: Kac Vegas I i II będzie się wspominać latami, a o części III zapomnicie dziesięć minut po wyjściu z kina.

2.5


Ocena użytkowników: 2.4 (18 głosów)

Tagi: , , ,



Back to Top ↑