Kampania profrekwencyjna? Co wy wiecie o kampaniach profrekwencyjnych….

Opublikowano Maj 21, 2014 | przez Gofrey

voteman-a

Smutny pan tłumaczy, że bez nas nie ma Europy, że to my decydujemy, jak będzie wyglądała w najbliższej dekadzie i tylko od nas zależy, jaki będzie jej kształt. W innej reklamie przekonują, że wybieramy najlepszego balona, który pofrunie, hen, aż do Brukseli, by tam spotkać się z innymi najlepszymi balonami. Jedni straszą, że bez udziału nie mamy prawa do krytyki, inni przekonują, że jeśli nie pójdziemy, wygrają ci drudzy/trzeci/szóści – naturalnie gorsi.

Generalnie kampanie dotyczące frekwencji w wyborach zawsze są takie same. Czy występują w nich politycy, czy aktorzy, czy celebryci, czy naczelne autorytety, wynik jest ten sam. Chujowy.

Oglądając spoty przypominające nachalną akwizycję – no chodź, skreśl mnie, proszę, albo chociaż skreśl kogokolwiek – czujemy obrzydzenie. Wielu z nas nigdy nie pomyślałoby, że zignoruje obywatelski obowiązek i oleje wybory. Aż do momentu, w którym ktoś postarał się „zachęcić” do głosowania.

Pierdyliard reklam o tym, jak ważny jest wybór gościa, który będzie zarabiał euro za pierdzenie w stołek według statystyk „Tygodnika kibica” zdołał przekonać do głosowania dokładnie trzy osoby. Każda z nich radośnie krzyknęła: „psia krew, jakże ten spot był inspirujący, całe szczęście, że ktoś otworzył mi oczy i dzięki temu w niedzielę wybiorę kształt przyszłej Europy”. Pozostali widzowie tych żałosnych spektakli albo flugali szpetnie pod nosem, albo tak jak część z nas zastanawiają się, czy w ramach protestu wobec tych infantylnych gówien nie wywinąć numeru i nie zbojkotować całej tej imprezy.

A przecież wystarczyłoby zwrócić się w kierunku Danii. I obejrzeć, choćby poniższy klip.

 

Kampanie profrekwencyjne? Tylko made in Denmark.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑