Kiedy 30-latek baluje z maturzystkami

Opublikowano Marzec 17, 2014 | przez Dżordż

 

starymloda

Kolega zorganizował mi w piątek naprawdę niezwykły before. Co uczyniło go tak wyjątkowym, spytacie. Narkotyki z górnej półki? Ekskluzywna whisky? A może topowe dziwki z Odlotów? Nie, odpowiem, nic z tych rzeczy. Znajomy po prostu zaprosił do mnie do domu… pięć maturzystek.

Taka wizyta w skromnych progach to dla 30-latka spore wydarzenie, dlatego przygotowałem się do niej bardzo solidnie. Po raz pierwszy od wieków odkurzyłem podłogę (tyle się mówi o tym, że młodzież lubi słoneczka, a na kanapie przecież wszyscy się nie zmieszczą), a kibel wyszorowałem tak, że zawstydziłbym nawet Perfekcyjną Panią Domu (tu chyba nie potrzeba uzasadnienia).

W oczekiwaniu na nietypowych gości założyłem odświętne, eleganckie ciuchy i to był… błąd nr 1. Okazuje się bowiem, że dzisiejsza młodzież preferuje minimalizm. Zarówno dziewczyny, które mnie odwiedziły, jak i znajomi kumpla, trzej studenci w wieku lat 20, wyglądali zdecydowanie luzacko. Jakby mieli iść zaraz na koncert hip-hopowy, tymczasem ja odpaliłem się w stylu: za chwilę przechodzę selekcję w Platinium. Efekt? We własnym domu poczułem się trochę jak intruz.

Nic to, pomyślałem, nadrobię tę wpadkę muzyką. Załączyłem jakiś klubowy mix 2014, ale po minach młodych ludzi widziałem, że niespecjalnie trafiłem w ich gusta.

– Zmienić playlistę?

– Jakbyś mógł. Albo wiesz co, my to zrobimy.

Hm, co za kultura. Nie spodziewałem się takich manier po nastolatkach. Myślałem raczej, że jak uznają coś za chujowe, to powiedzą, że jest chujowe. Tymczasem oni trzymali fason do końca, brawo.

Trzymali też dobre tempo picia. Shocik za shocikiem, zupełnie jak „dorośli” 30-latkowie. Człowiek siedział, walił czystą naprzemiennie z arbuzówką i jakąś inną ówką, a przy okazji przysłuchiwał się rozmowom, z których nie kumał wszystkiego, niestety. Mniej więcej co dziesiąte słowo młodzieży było dla mnie niezrozumiałe.

Zrozumiałe było za to co innego: wszystkie te informacje o tym, że licealistki lubią się parzyć jak modelki na fashion weeku są jednak przesadzone. Dziewczyny, z którymi miałem przyjemność obcować, niestety tylko słownie, a nie niewerbalnie, sprawiały raczej wrażenie bohaterek komedii romantycznych, a nie filmów z redtjuba. Innymi słowy: były rozmowne, sympatyczne, urocze, ale nie miały w sobie tego pierwiastka suki, o którym marzy każdy pozostający pod wpływem internetowego porno facet.

Przez chwilę liczyłem, że może z liczbą wypitego alkoholu panienki zaczną się „otwierać”, czyli chociaż to usiądą człowiekowi na kolankach albo przynajmniej podrapią gospodarza zalotnie za uszkiem, ale niestety, nic takiego nie miało miejsca. Zasmucony tym, że spotkanie – choć miłe – jest jednak bardzo pruderyjne, postąpiłem jak każdy rasowy pijak: miast flirtu z kobietami zacząłem romansować coraz ostrzej z alkoholem. O tym, że nie był to dobry pomysł przekonałem się jakieś trzy godziny po rozpoczęciu sympatycznego biforka, kiedy to padła komenda: idziemy do klubu.

Hm, człowiek chciałby zakręcić nóżką, najlepiej z jakąś młodocianą gwiazdą, najlepiej z którąś z obecnych w moim mieszkaniu, ale jak to zrobić, skoro już samo utrzymanie pionu stanowi wyzwanie nie lada? Pomny tego faktu powinienem, jak przykładny starszy facet, grzecznie zamówić młodzieży taksówkę, a samemu iść spać odmawiając przed pójściem do łóżka jedną zdrowaśkę w intencji tego, by kac, który na pewno mnie nie ominie, nie był z gatunku tych morderczych.

Niestety, zwyciężyła we mnie ułańska fantazja i postanowiłem podjąć wyzwanie – ruszyłem z dzieciarnią w miasto. O tym, że był to zły pomysł przekonałem się już po wyjściu, pardon, wyturlaniu się z taksówki. Świeże powietrze wcale a wcale nie poprawiło mojego stanu, więcej, zakręciło mi się od niego w głowie i już wiedziałem, że to na sto procent nie będzie mój wieczór. Dlatego też gdy od studencko-licealnej braci padła propozycja pójścia do klubu oddalonego o kilometr od tego, przy którym zatrzymały się taksy, dyskretnie dałem dyla.

Kiedy nasze babcie puszczały się podczas żniw, obowiązywała zasada „boczkiem, boczkiem i w żyto”. Ja ją trochę zmodyfikowałem: w tył zwrot i na kebab. A potem do sypialni. Swojej!

Nim uczestnicy tindy zorientowali się, że mnie nie ma, byłem już najedzony i po prysznicu.

– Gdzie jesteś? – zaatakował mnie późnonocny SMS.

– W domu, idę spać – odpisałem i nie czekając na protesty wyłączyłem telefon.

Owszem, byłem troszkę smutny, że kończę zabawę sam w domu, w którym miało przecież dojść do nieziemskiej orgii, ale mimo to wieczór wspominam bardzo przyjemnie. Każdy stary dziadek powinien raz na jakiś czas zabawić się w towarzystwie ludzi młodszych, mniej doświadczonych życiowo, naiwniejszych, ale jednak sympatycznych, naturalnych, zachowujących odpowiedni poziom nawet po wódzie. Takie spotkanie to naprawdę dobra kuracja odmładzająca, lepsza niż te wszystkie drogie, przereklamowane kremy.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑