Kiedy musisz zejść z trasy, czyli bieganie nie zawsze jest takie super…

Opublikowano Marzec 30, 2014 | przez Dżordż

biegacz

Tego tekstu miało… nie być.

Wystąpię w Półmaratonie Warszawskim, pobiję swój rekord życiowy, fajnie rozpocznę sezon. Tak to miało wyglądać. Nudno, prawda? A w każdym razie nie na tyle ciekawie, żeby o tym pisać.

Odkąd rok temu zacząłem biegać „połówki”, w każdym kolejny starcie osiągałem lepszy wynik. Stolica, Sochaczew, Płock – tak wyglądało to w 2013 roku, w którym z 1:37 zszedłem na 1:33.

30 marca 2014 roku miałem poprawić ten czas. Bez żadnego szaleństwa, o minutę lub półtorej.

– Solidnie przepracowałeś zimę, więc mimo że to początek sezonu, możesz spisać się dobrze. Nie wariuj, ustaw się z grupą biegnącą na 1:35, a potem spokojnie przyspieszaj – instruował mnie trener tydzień przed startem.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że we wtorek rano złapie mnie ból brzucha. Najzwyczajniejszy w świecie, taki, jaki pojawia się u was często gdy np. zjecie coś ciężkostrawnego. Problem w tym, że owa dolegliwość trwa przeważnie kilka godzin, a mnie męczy… do teraz. Pół dnia spokoju i nagle bum: wraca. Brałem krople żołądkowe i tabletki, ale nic to nie dało.

Męczyłem się z tym cały tydzień naiwnie licząc, że w dniu imprezy dolegliwości w jakiś magiczny sposób zniknął (tak, wiem, pewnie trzeba było wcześniej pójść do lekarza). Nic z tego. Półmaraton ruszał punkt 10, a ja o 8.52 siedziałem jeszcze w domowej łazience zastanawiając się, czy w ogóle startować. Logika mówiła, żeby tego nie robić, serca kazało biec. Bo na trasie wielu przyjaciół, bo impreza odbywa się w mieście, w którym mieszkam, bo pierwszy start sezonu. Jak sami widzicie powodów, żeby nie rejterować, było naprawdę wiele.

No więc stanąłem na Moście Poniatowskiego wraz z kilkunastoma tysiącami innych zapaleńców zachwyconych nie tylko atmosferą zawodów, ale i genialną jak na tę część roku pogodą. Niesiony entuzjazmem tych niezwykłych ludzi zapomniałem o swoim problemie. Niestety, nie na długo. Gdzieś tak na piątym kilometrze biegu z grupą 1:35 poczułem się naprawdę kiepsko. Akurat mijaliśmy punkt z wodą, więc kilka łyków poprawiło mi samopoczucie. Ale tylko na chwilę. Dokładnie: na dwa-trzy kilometry.

Po tym czasie poczułem się odwodniony. Zniechęcony. Przemęczony. Dziwaczna sprawa: człowiek biegnie w tempie, z jakiego utrzymaniem nie miał nigdy większych problemów, a tu dupa. Tabliczka z napisem „1:35” oddala się coraz bardziej, głowa bardzo chciałaby ją gonić, ciało – niekoniecznie. Szczególnie, że na jedenastym kilometrze do bólu brzucha dochodzi jeszcze inna „atrakcja” – naciągnięty mięsień pośladka, z którym miewam problemy od czasów wrześniowego Maratonu Warszawskiego.

Ból tyłka przesądza o podjęciu najtrudniejszej decyzji odkąd wziąłem się za bieganie – o zejściu z trasy. Podkreślam raz jeszcze: nie jest łatwo zdobyć się na coś takiego. Szczególnie, gdy akurat biegnie się dwa kilometry w linii prostej od domu w piękny, słoneczny dzień…

Bieganie to sztuka wyrzeczeń. Kiedy znajomi idą w niedzielę do restauracji, ty wychodzisz na prawie trzygodzinny trening. Kiedy oglądają w środę Ligę Mistrzów, nie balujesz z nimi, ponieważ musisz się wyspać – w końcu w czwartek rano znowu ćwiczysz.

Omija cię sporo atrakcji, ale tłumaczysz sobie, że robisz to po coś = by być coraz lepszym zawodnikiem, który będzie poprawiał swoje rekordy. Aż tu nagle nadchodzi taki dzień jak niedziela 30 marca, kiedy w ciągu kilkudziesięciu minut wszystkie te marzenia pryskają.

Na szczęście: tylko na chwilę, ponieważ na jednym starcie sezon się nie kończy. Ja np. zaplanowałem sobie w 2014 cztery maratony i trzy połówki. Pomijając już sam ból – dziś zszedłem z trasy także dlatego, że miałem w głowie te liczby. Uznałem, że nie ma sensu kończyć biegu w Warszawie za cenę kontuzji, która potem zmusi człowieka do np. kilkumiesięcznej pauzy. W ten przewrotny sposób osiągnąłem… swoje małe zwycięstwo: rozumu nad sercem. W tym miejscu gratuluję wszystkim z was, którzy dzisiaj wywalczyli większy sukces: poprawili życiówki albo w ogóle je ustanowili, czyli przebiegli połówkę po raz pierwszy. Jesteście świetni!

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑