Kiedy spotykasz piękność w autobusie…

Opublikowano Maj 29, 2014 | przez ZP

 pasazerka

Do takich sytuacji dochodzi zawsze wtedy, gdy jesteś zmasakrowany po pracy. Rozwiana fryzura, przepocona koszula z tłustą plamą od rosołu na wysokości piersi, wory pod oczami, a na dodatek w dłoniach gazeta, która raczej nie czyni z ciebie w oczach współpasażerów intelektualisty. Jedziesz tą cholerną komunikacją miejską przeklinając ślamazarne tempo przemieszania się w kierunku domu i nagle trafia cię piorun.

Do pojazdu wsiada ONA. Kobieta, której nigdy w życiu żaden kierowca nie zatrzasnął przed nosem drzwi autobusu. Kobieta, dla której driver mógłby czekać na przystanku nawet pół godziny nie zważając na protesty wściekłych obywateli.

Napisać, że jest zjawiskowa to nic nie napisać. Mimo że przed chwilą przebiegła z dzieckiem za rękę dobrych 50 metrów – zupełnie bez sensu, pojazd i tak by jej nie zwiał, nawet jakby majestatycznie szła w jego kierunku – na jej ciele nie znać ani kropelki potu. Zresztą nawet jakby się pojawiła, zapewnie pachniałaby lepiej niż najzmyślniejsze perfumy. To ten typ kobiety, która poci się lawendą.

Jest wspaniale opalona. Nie w wulgarny sposób rodem z solarium, a w ten niepodrabialny, naturalny, zupełnie jakby godzinę temu wróciła z Bali. Z kolorem skóry genialnie kontrastuje biała sukienka sięgająca kostek. Kiedy zasiada naprzeciwko mnie, pod materiałem dostrzegam zarys łydki. Jest to łydka przez mężczyzn wymarzona – szczupła, zgrabna, chuda „w kostce”.

Uwagę zwracają też jej włosy. Długie, wypielęgnowane, człowiek ma wrażenie, że to boskie stworzenie przed chwilą brało udział w reklamie jakiegoś szamponu. Pod nimi twarz tyleż piękna co mądra. Patrzysz na nią i już wiesz: ta babka nie tylko wygląda, ona ma też coś do powiedzenia. Jednocześnie zdajesz sobie sprawę, że jesteś lustrowany przez nią, myśl ta załamuje cię totalnie, przecież sprawiasz wrażenie człowieka, który właśnie samotnie przerzucił tonę węgla, o ile sąsiadka z naprzeciwka nie jest miłośniczką turpizmu, raczej nie masz u niej szans.

Ta nasza bez słów rozmowa trwa jakieś trzy przystanki, czyli około pięciu minut. W tym czasie jakieś sto razy zmieniasz zdanie w temacie zagadać do niej czy nie. Już to chcesz powiedzieć coś lekkiego i zabawnego, już to otwierasz usta i dupa blada, nie odzywasz się, zdajesz sobie sprawę, że właściwie nie wiesz co by tu rzec, chyba przez stres. Ciężko go przełamać, mimo że zdaje się, iż bogini patrzy na ciebie wzrokiem mówiącym: no, chłopczyku, pokaż co potrafisz, rozbaw mnie.

Gdybyś tylko miał w sobie polot i finezję Boya-Żeleńskiego czy innego Tuwima, panna (pani? W końcu ma dziecko i na oko 35 lat) niechybnie zostałaby zdobyta. A tak nic z tego, ani się obejrzysz twoja przyszła żona wychodzi z autobusu z lekka uśmiechając się na pożegnanie, sam już nie wiesz czy to oznaczało „szkoda, że nie spróbowałeś”, czy raczej „miłego dnia”. Zanim zdążysz przemyśleć tę kwestię, sytuacja w pojeździe zmienia się o 180 stopni. Miejsce muzy zajmuje na oko dwumetrowy gej. Równie duże wrażenie co jego wzrost robi głos – wysoki, piskliwy, cholera czy to przysiadł się właśnie przerośnięty poznański słowik?

Niestety, to co chłopiec mówi przez telefon jest równie dziwaczne jak fizyczne wrażenie, które robi: muszę zlikwidować wory pod oczami, tak, to będzie bolało, wiem, ale muszę się poświęcić, chcę robić karierę w telewizji, a to niełatwa sprawa, oczywiście, może trzeba będzie się z kimś przespać, jestem gotów, poświęcę się, kariera jest ważna, kasa też, mam flow, mam warunki, jestem fajny.

Czy muszę dodawać, że wyglądał mało wizyjnie? Uroda typowo radiowa, nowym Kammelem raczej nie będzie. Dzięki Bogu owo indywiduum towarzyszyło mi tylko przez dwa przystanki, później wysiadłem w stanie – co tu dużo ukrywać – głębokiego smutku. Takiej kobiety mogę już nie spotkać, spieprzyłem to, trzeba było spróbować, trzeba było powiedzieć cokolwiek, a nóż widelec ślina przyniosłaby na język coś spektakularnego…

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑